Obejrzane – Beowulf

W czasach wielkich bohaterów żyje najmężniejszy z nich – Beowulf. Pokonawszy potężnego potwora o imieniu Grendel, Beowulf ściąga na siebie niegasnący gniew jego uwodzicielskiej, a zarazem bezwzględnej matki, która zrobi wszystko, co w jej mocy, aby pomścić syna. Epicka w swoim rozmachu walka, do jakiej doszło, wspominana była później przez wieki, a imię Beowulf zapisało się na zawsze w ludzkiej pamięci.

Muszę przyznać, że po tym filmie mam dość mieszane uczucia. Może najpierw zacznę od samej techniki, tudzież tego jak ten film wyglądał. Otóż mogę powiedzieć, że mamy do czynienia z oglądaniem animacji na bardzo wysokim poziomie (coś w rodzaju Final Fantasy). Zadbano o każdy najmniejszy szczegół (choćby pojedyncze żyłki na ręce Beowulfa). Poza super grafiką, oglądamy prawdziwych aktorów, przeniesionych do cyfrowego świata (zapewne metodą motion capture).

Animacja sprawia, że odnoszę wrażenie oglądania prawdziwej baśni, a właściwie to ta animacja lepiej oddaje klimaty baśni. Podejrzewam, że gdyby sprawę załatwiono w klasyczny sposób (tzn, “realny” świat + animacje) efekt mógłby być zepsuty. Problemem w tym wszystkim dla mnie byli aktorzy. Wiem, że byli realni, ale widziałem ich postacie cyfrowe. Podczas oglądania filmu ciągle miałem problem z tym czy oglądam jakąś animację czy, może jednak, zwykły film. Wiem, że to brzmi absurdalnie, ale czułem się dość nieswojo widząc typową animację połączoną z grą prawdziwych aktorów, których postacie zdigitalizowano.

Mówiąc o aktorach chcę jeszcze wspomnieć krótko o dziwnym głosie Angeliny Jolie, który strasznie mi nie przypadł do gustu (-;

Pomijając mój największy ból mogę jedynie ponarzekać na samą postać Beowulfa. Do aktora, który go grał, nic nie mam. Mam na myśli jedynie to, że w scenariuszu ktoś postanowił z tego herosa zrobić gościa z syndromem megalomana, który przy każdej okazji (nawet gdy go nikt nie słyszał) skandował głośno swoje imię… Niestety to troszkę psuło mi ogólne wrażenie z oglądania filmu.

Podobało m się kilka szczegółów takich jak choćby przedstawienie syreny. Nie widzimy oklepanego obrazu panienki z rybim ogonem. Zamiast tego typowego ogona jest coś w stylu wachlarza wojennego. Fajnie też pokazano smoka, który w wodzi był równy sprawny jak w powietrzu. Poza tym drobnym faktem, super wyglądały tryskające płomienie z jego paszczy gdy płynął pod wodą.

Nie wspomniałem o muzyce, ale myślę, że nie ma sensu. Mi się bardzo podobała i uważam, że dobrze podkreślała akcję w filmie. Nie obyło się (AFAIR) bez okrzyków imienia Beowulf, ale to nie przeszkadza ;-)

Ogólnie mogę powiedzieć, że warto iść obejrzeć film. Jest to jakaś alternatywa od klasycznego kanonu filmu, ponieważ zrobiono go w pełni jako animację. Pomijając moje rozterki, film oglądało się całkiem przyjemnie.