Archive | September, 2010

Wyprawa na sushi, czyli jak kitajcom udało się przeżyć

Znajomy dawno temu zdobył na GroupOn kupon na sushi wart 100zł. Tak się jakoś złożyło, że poszliśmy razem. Ta oto krótka opowieść tyczy się mej walki z pałeczkami, sosem sojowym, oraz potwornym wasabi.

Po barze sushi spodziewałem się bardzo typowego (w mym skromnym, chamskim, mniemaniu) obrazka – Japończyka machającego wielkim nożem, krojącym ryby z prędkością małego tajfunu. Do tego drewnianego wystroju (nie pytajcie się dlaczego), oraz transcendentalnej ciszy, przepełnionej kontemplacją tego ciekawego dzieła kulinarnego. Japończyk okazał się polakiem, ogromny nóż chyba odleciał wraz z tajfunem. Ciszę zastąpiła klimatyczna muzyka, natomiast zamiast desek był nowocześnie urządzony (całkiem gustownie) lokal.

Jako laik z ograniczonymi zasobami portfela stwierdziłem, że zamówię zestaw, w którym liczba sztuk wymienionych porcji (dań, sushi?) będzie możliwie największa. W ten sposób wybrałem swój zestaw. Wraz z nim wybrałem tajemniczo brzmiącą herbatę ryżową. W oczekiwaniu na jedzenie odkryłem, że herbata smakowała jak drewno zalane wrzątkiem. Przynajmniej w moich wyobrażeniach tak ono smakuje.

To co ujrzałem na talerzu w pewien sposób mi zaimponowało. Wszystko ładnie ułożone, porządeczek, zachowana symetria itd. Ogólnie to “na oko” całość wyglądała dobrze. Przyszedł czas na konsumpcję. Nie chciałem wyjść na prostaka (przynajmniej nie na samym początku) dlatego postanowiłem skorzystać z pałeczek. W sumie to korzystałem z czegoś takiego po raz pierwszy. Opanowanie techniki zajęło mi jakieś 5 minut. Po tym czasie byłem w stanie trafić w kolejną porcję, jakoś ją chwycić i przenieść czym prędzej do ust.

Za pierwszy cel obrałem sobie ryż z zielonym “czymś”, zawiniętym w czarne “coś”. Gdy mój język poczuł to niecodzienne danie to był tak jakby zachwycony. W momencie połykania odniosłem wrażenie jakby kamień spadał mi prosto do żołądka. Trzeba przyznać, że to było dość osobliwe uczucie.
Po czarnym “czymś” przyszła pora na ryż zamoczony w pomarańczowych “kulkach”. Znajomy określił je mianem “kawioru”, także zakładam, że faktycznie to było to. Wrażenia były podobne.
Gdzieś tam jeszcze był spore kulki ryżu przykryte plastrem z łososia. Niestety nie były za dobre. Prawdopodobnie przyczyną tego był zielony dodatek – wasabi.

Wasabi w małej ilości było w stanie wypalić podniebienie, drewniana herbata nie była w stanie zaspokoić mego zapotrzebowania na płyny. Wszystko co zawierało w sobie ślady zielonego piekła zostało pominięte.

Przed przyjściem do restauracji poważnie martwiłem się czy uda mi się najeść takim zestawem. Znajomy twierdził, że nie ma szans. Ja natomiast poprzysiągłem śmierć wszystkim Japończykom, jeśli nie zaspokoją mojego głodu.
Okazało się, że tym jakże niepozornym z wyglądu jedzeniem najadłem się aż za bardzo. Azjatyckim braciom się upiekło, na szczęście nie będę musiał poświęcać swojego życia na kolejną krucjatę.

Wrażenia smakowe pozostały mieszane. Część z porcji mi smakowała, część nie. Paskudne wasabi skutecznie zabijało potencjalne walory smakowe, a herbatę następnym razem wykorzystam do stworzenia papieru.
Cały czas mam wrażenie, że to co zjadłem to kamienie, a nie prawdziwe jedzenie.

Zastanawiam się czy skuszę się ponownie na coś takiego. Wewnętrzny anioł podpowiada, że nie. Tasiemiec natomiast mówi, że chętnie by się wybrał na powtórkę.

Tak oto zakończyła się moja dzisiejsza przygoda z sushi.

Miniblog: Koniec z kinem 3D

Za namową znajomej poszedłem (wbrew wcześniejszym postanowieniom) na nowego Resident Evil w technologii 3D. Podobnie jak wcześniej zawiodłem się. Obraz jest czasami niewyraźny, wkurzają upaćkane łapami okulary. Filmy są nastawione na efekciarstwo nowej technologii. Do tego taki obraz potrafi być męczący dla oczu (i nie tylko, choć mnie migreny z powodu oglądania takich filmów nie dręczą).

Nie przekonałem się do tego typu kina. Od dzisiaj nie zamierzam iść na kolejne filmy w 3D. To jest strata pieniędzy. IMO tradycyjne kino 2D ogląda się o wiele przyjemniej.

Ps. jedyny efekt, z kina 3D jaki mi się podoba to wszelkiego rodzaju chmury, mgły, pył etc. To wygląda naprawdę fajnie. Cała reszta ssie.

Miniblog: Zewnętrzny dysk twardy

Tak jak pisałem w ostatniej notce poszukuję zewnętrznego dysku twardego. Za bardzo nie mam rozeznania, także przedstawię swoje proste wymogi:

  • cena do 300zł
  • preferowana znana firma (wychodzę z założenia, że sprzęt będzie lepiej wykonany niż produkty firmy Krzak)
  • skoro to jest dysk zewnętrzny chcę aby był w miarę solidnie wykonanej obudowie

Na allegro znalazłem dwie pozycje, które wydają się być całkiem godne zakupu:

Jak w wielu sytuacjach zwracam się do Was z prośbą o pomoc. Możecie coś polecić?

Wybór padł na Samsunga. Niniejszym uważam, że to koniec tematu ;)

Linuksie, won!

Po aktualizacji systemu padł dźwięk. Niby nic, zdarzy się czasami. Mijają dwa tygodnie i nadal dźwięku nie mam. Nie znalazłem rozwiązania w sieci (a przejrzałem naprawdę sporą liczbę forów i rozwiązań). Zastosowałem “pierdyliard” sugestii innych użytkowników mających “podobny” problem. Nadal nic.

Miarka się przebrała. Przez te lata dzielnie znosiłem braki w oprogramowaniu, dziwności niektórych rozwiązań systemowych. Wszelkie błędy udawało mi się poprawić. Teraz mam po prostu dość. Wkurzył mnie fakt, że zwykła głupia aktualizacja systemu wywaliła mi dźwięk (siedzenie w ciszy jest mega wkurzające). Nie znoszę sytuacji, kiedy coś po prostu przestaje działać (“przestaje działać” w sensie, że logi milczą, a błędów po prostu nie ma). W zasadzie nadszedł czas aby wrócić do Windowsa.

Tam przynajmniej nie będę miał problemów z tym żeby hibernacja/uśpienie systemu działała prawidłowo. Będę w stanie odpalić to co jest mi potrzebne, a do codziennych zadań będę mieć to samo co używam aktualnie na Linuksie.

W zasadzie od dzisiaj rozpoczynam plan migracji. Trzeba przenieść dane na zewnętrzny dysk (który przy okazji kupię), zorganizować legalną kopię Windowsa (pewnie z MSDN), wgrać i korzystać.

Jedynym ratunkiem dla mojego Archa będzie jakaś nowa aktualizacja systemu, która naprawi moje szkody w taki sam sposób w jaki je wyrządziła.

Samochód po roku

Minął już rok. Nawet więcej. W tym czasie przejechałem swoim samochodem ok 13 tys. kilometrów. Dla mnie wydaje się to być jakąś nierealną liczbą, ale z drugiej strony nie jest to wynik powalający.
Po tym czasie (nadal trzyma mnie wątek wspomnieniowy) troszkę chce mi się śmiać z efektów mojego wielkiego planu.

W planach było zakupienie malutkiego samochodu (ew nieco większego). Spis “wybrańców” był, a ostatecznie wyszło na to, że zakupiłem niepozornego Opla Astra.

Przez ten cały czas samochód nie zawiódł mnie w ani jednej sytuacji. Ja w zamian starałem się o niego dbać w miarę swoich możliwości – zakonserwowałem podwozie, pozbyłem się nieszczęsnych alufelg (chociaż były takie fajne), do tego podstawowe wymiany płynów itd. Nie skąpiłem też na paliwie kupując zazwyczaj droższą 98kę ;)

Co przez ten czas wyszło? Okazuje się, że silnikowi (1.4 benzyna) brakuje dynamiki przez co jestem zmuszony czasami się wlec. Ogólne wrażenia z jazdy pozostają bardzo dobre. Auto trzyma się dobrze nawierzchni, w kabinie nie jest głośno.
Okazało się, że w paru miejscach padła elektronika. Na szczęście nic wielkiego – w jednych drzwiach nie działa centralny zamek, oraz padło podświetlenie na pokrętłach od regulacji klimatyzacji.
Poważniejszych usterek nie zaliczyłem, choć zbliża się czas zainteresowania się tym co się dzieje z alternatorem (prawdopodobnie pasek jest do wymiany). Stan ogólny samochodu uważam za bardzo dobry.

Zabawne jest to, że kupując ten samochód byłem przekonany, że kombi będzie zdecydowanie za dużym samochodem jak dla mnie. Okazało się to nieprawdą i już nie raz, nie dwa miałem okazję wykorzystywać jego pojemny bagażnik. Teraz już wiem, w przyszłości ciężko będzie mi zrezygnować z kupienia “kombiaka”.

Finansowo odczuwam dość wyraźnie fakt posiadania samochodu. Sporą część kwoty wydawanej na niego przeznaczam na kupno paliwa. Do tego dochodzi również to, że ciągle spłacam mój skromny kredyt zaciągnięty na kupno. Gdzieś usłyszałem, że w Stanach kupuje się samochód tak aby jego koszt nie przekraczał półrocznego wynagrodzenia. To ponoć gwarantuje płynność finansową. Zastanowię się nad tym poważnie podczas kupna kolejnego samochodu.

Na zakończenie mogę dodać, że z tego zakupu jestem wyjątkowo zadowolony. Miałem sporo szczęścia, że udało się trafić na ten samochód. Pomimo tego, że jest to już 12sto latek nadal posiada swój potencjał. Ja po prostu będę musiał o niego odrobinkę zadbać ;)

Wspomnieniowo

Mamy już wrzesień. Czuję coś w rodzaju luki pomiędzy wydarzeniami z początku roku, a dniem dzisiejszym. Doskonale pamiętam spędzonego sylwestra, oraz późniejsze przeboje emocjonalne związane z rozstaniem.
Pamiętam dzień kiedy pojawiłem się po raz pierwszy w ośrodku buddyjskim, oraz imprezę na którą po raz pierwszy (od długiego czasu) poszedłem sam.

Później to działo się niewiele aż tu nagle spotykam w wakacje wspaniałą kobietę i wszystko znowu przyspiesza. Wybieram się na przedziwne imprezy. Biję się przyjacielsko po mordzie z Nordami. Odbudowuję swoje zdrowie emocjonalne, aż tu nagle mamy wrzesień! Kiedy ten czas upłynął?

Dochodzę do wniosku, że ostatnio działo się u mnie tak dużo, że po prostu nie wystarczyło czasu aby skłonić się do jakiś refleksji. Do dzisiejszej skłoniło mnie spotkanie z moją “ex”, oraz parę drobiazgów, które przy okazji oddała. Ha! Żeby to były tylko drobiazgi. Część z nich wywołała sporą falę wspomnień.

Wydaje mi się, że liczba przeróżnych wydarzeń jakie mnie spotkała w tym roku zdecydowanie bije to co spotkało mnie w poprzednich latach. Od totalnego upadku psychicznego, aż po jego konsekwentne odbudowywanie. Powolne budowanie od zera swojego szczęścia. Tym razem oparte na fundamencie Buddyzmu. Do tego ogromny “boost” związany z poznaniem kobiety o niespożytej energii.

Gdzieś wewnątrz siebie czuję pewien “renesans”. Zupełnie tak jakbym dopiero teraz zaczynał rozwijać się w jakimś konkretnym kierunku. Lepiej poznałem swoje priorytety, część z nich zmieniłem. Zweryfikowałem swoje poglądy na wiele spraw.

Mimo, że tego wcześniej nie zauważałem mogę spokojnie stwierdzić, że wydarzyło się naprawdę wiele. Nie były to zawsze dobre chwile, lecz takie, które warto zapamiętać i wyciągać z nich wnioski. Byle w tym nagłym przyspieszeniu nie stracić chwili na takie małe refleksje. Bez nich nie wyciągnąłbym dzisiejszych wniosków.

A na koniec cytat z How I met your mother:

I’m awsome!