Archive | October, 2010

Miniblog: Udogadniajmy dalej

A będziemy sobie robić coraz większą krzywdę. Do takiego wniosku dochodzę po dzisiejszym dniu spędzonym na rozmowach rekrutacyjnych. Okazuje się, że naprawdę są osoby które “programują”, a nie znają podstaw języka.

Przykładowo dzisiaj kandydat nie wiedział jak napisać proste regułki CSS – wykorzystywał generowanie (i podpowiadanie) kodu w Dreamwaver. Wcześniej inny delikwent nie wiedział jak napisać prostego SQLa, mimo że tworzył aplikacje wykorzystujące MySQLa.

Trochę to przypomina ten kawał o najlepszym sposobie aby nie skradziono samochodu w USA – wystarczy aby samochód posiadał manualną skrzynię biegów.

Całość zmierza w kierunku podobnym do tego co przedstawiono w “Idiokracji” – będziemy korzystać z technologii, których ani trochę nie rozumiemy.
Tak, pewnie dramatyzuję ;)

Mało konkretna relacja z FrontTrends 2010

Przygoda moja rozpoczęła się w środę. Jakoś po południu nadjechał mój pociąg, który tempem rakiety (po jakiś 7 godzinach) dojechał do Warszawy. Chwała panom kolejarzom, że wliczyli do rozkładu czas na postoje w szczerym polu dzięki czemu nie musiałem słyszeć o opóźnieniach.

Będąc w stolicy ok 22 doszedłem do wniosku, że to jest ponure miejsce. Bez większych problemów udało mi się odnaleźć tramwaj, który podwiózł mnie na umówione miejsce. Później wszystko poszło z górki. Przyjaciółka, która mnie odebrała pokazała mi gdzie mieszka. Od tego momentu mieszkanie na ulicy Litewskiej było moją bazą wypadową.

Pierwszy wypad był niespodziewany. Rozmyślając nad snem nagle telefon zadzwonił. Słuchawka przemówiła do mnie, że osoba na drugim końcu fali właśnie przyjechała na miejsce oraz szuka towarzystwa do piwa. Moją jedyną wątpliwością było to jak później wrócę. Na szczęście wyimaginowane opary alkoholu szybko rozwiązały moje wątpliwości. Tak więc już po północy rozpoczęła się pierwsza misja w stolicy – odnalezienie knajpy gdzie będzie można wypić piwo. Nie wiedzieć dlaczego okazało się to wyjątkowo skomplikowane.

Pierwszy wypad na piwo zakończył się dość późnym powrotem do mieszkania, oraz krótkim snem. Trzy godziny później trzeba było wstawać aby zdążyć na rejestrację na konferencję.
Oczywiście po raz kolejny pojawił się problem dojazdu. Tym razem rozwiązał go taksówkarz, który wykorzystał swoją wiedzę zamkniętą w czarnym pudełku z napisem “GPS”.

Konferencja odbywała się na uczelni PWSBiA, tej samej, w której zdemolowaliśmy pokój w akademiku jakieś parę lat temu. Trochę ciężko było znaleźć odpowiednie audytoria, na szczęście umiejętność zadawania podstawowych pytań (“gdzie ja kurna jestem?“) po raz kolejny przydała się.

Tak więc rozpoczął się pierwszy dzień konferencji FrontTrends. Przy rejestracji dostałem fajową smycz, opaskę i jakieś plastikowe coś. Zdaje się, że identyfikator. W sumie nie wiem do czego był potrzebny, w zasadzie ani razu się nie przydał. No może do tego abym mógł coś zawiesić na fajowej smyczy, która szpaniła na mej szyi.

Niestety na moje samopoczucie wpłynął pewien mutagen, zwany kacem, który w pewnym momencie utrudnił mi percepcję świadomości (inaczej mówiąc momentami przysypiałem ;) Ów mutagen został zniszczony w południe. Pokonała go zielona lasagnia. Zapewne te wodorosty miały jakieś antyciała czy cuś.

Pozostawmy kaca samemu sobie, wróćmy do konkretów. Prezentacje na których byłem okazały się być źródłem ogromnej wiedzy. Spikerzy są starymi wyjadaczami w prowadzeniu tego typu zabaw, dzięki czemu merytorycznie nie mogłem się do niczego przyczepić.
Po kilku godzinach wykładów nadszedł czas zakończenia dnia. Właściwie jego rozpoczęcia. Nie wiedzieć dlaczego, ale organizatorzy postanowili po pierwszym dniu zorganizować tzw afterparty. Nie żebym narzekał, wyleczony kac domagał się odrobiny czułości.

Wylądowaliśmy w klubie, którego lokalizacja była częściowo utajniona. Niby ulica znana, ale ja jako szary obserwator nie dostrzegłem niczego konkretnego. Przyczyną tego zapewne było to, że trzeba było przekroczyć bramę, a później to dziedzińczykiem prosto, na prawo, a później na lewo.
Lokal mimo swego ogromu był mały. Może było tak dlatego, że do owej małej przestrzeni przyczynili się ludzie, którzy postanowili swoimi ciałami wypełnić każdy milimetr kwadratowy przestrzeni. Na szczęście udało się znaleźć swoje pół metra, tak aby bez problemu stać w miejscu oraz wykonać figurę akrobatyczną – obrót o 360°.

Afterek żył swoim życiem, a ja walczyłem z barierą językową. To nie jest tak, że nie znam języka. Raczej świadomość tego na ile go znam przyczyniła się do mej niechęci. Na szczęście odpowiedni motywator sprawił, że w końcu i w tej kwestii się przełamałem. Poznało się kilka osób, pogadało się trochę. Trochę też się nie zrozumiało. Ciężko zrozumieć faceta, który mówi coś o technologiach webowych, aż nagle wspomina coś o nazistach. A może to po prostu wina złego akcentu, albo pewnej odmiennej rzeczywistości wywołanej przez motywator?
Dla mnie impreza skończyła się raczej szybko. W końcu odezwało się niewyspanie, oraz jego brat – zmęczenie.

Drugi dzień był całkiem podobny do pierwszego. Z tym wyjątkiem, że mutagenem zaraził się jeden ze spikerów, a nie ja. Przyznać trzeba, że owy spiker był naprawdę dzielny. Wprawdzie spóźnił się, ale udało mu się poprowadzić swój wykład. Co więcej zrobił to naprawdę dobrze, a pewne wpadki (które można nazwać humorem sytuacyjnym) sprawiły że atmosfera była naprawdę dobra.

Ponownie, te kilka godzin minęło strasznie szybko. Na szybko zorganizowano kolejnego afterka. Tym razem w bawarskiej knajpie mającej aspiracje na bycie czeską strefą eksterytorialną. Ponownie lokal duży, a jednak ciasno. Tym razem nie z powodu ludzi, a fatalnie zorganizowanego zagospodarowania przestrzennego. Na szczęście FrontTrendowcy to nie są stereotypowi informatycy – potrafią przesuwać krzesła, a nawet stoły.
Szkoda, że obsługa lokalu miała bardzo niską przepustowość myśli. Do tego te myśli były jedynie w języku polskim przez co trzeba było zatrudnić się w branży tłumaczy.
Nie będę wspominał o tym, że nastąpiła profanacja podczas nalewania piwa. I to nie raz.

Na obronę obsługi muszę powiedzieć, że również nie zależałoby mi. Przynajmniej nie po całodniowym treningu podnoszenia ciężarów jedną ręką. Widok pani, chucherka, z tacą wypełnioną kilkoma ogromnymi kuflami piwa potrafi wzbudzić litość.

Moja bariera językowa zupełnie została przełamana. W pewnym momencie odkryłem, że napotkałem inną barierę. Zapomniałem jak się mówi po polsku. Skutkiem tego było zwracanie się do obsługi po angielsku. Szczęście, że miało to miejsce w innym lokalu, ponieważ o północy oznajmiono delikatnie aby spierdzielać.
Zadziwiające, ale możliwe jest gadanie o technologii po kilku(-nastu?) piwach o godzinie 4 nad ranem.

Ostatni dzień (tj sobota) polegał na tzw. aktywnym wypoczynku. Jako że jestem typowym polskim patriotą w Warszawie (mimo tych kilkunastu lat na karku) byłem po raz pierwszy. Miałem okazję przejść się po starówce. Robi wrażenie. Ot takie coś, niby to stare, a jednak o niebo lepsze niż młodsze paskudztwa z ostatniego dwudziestolecia. Zaskoczyły mnie marmurowe tablice, z interaktywnym panelem. Nie wiedziałem, że matka natura zaczęła się interesować tak intensywnie branżą IT.
Podczas spacerku minąłem parę osób, które spotkałem na konferencji. Nie miałem czasu z nimi pogadać, ponieważ byłem w całkiem normalnym pośpiechu na pociąg.

Tym razem PKP nie zawiodło, pociąg miał opóźnienie. Podróż powrotna upłynęła w błogiej atmosferze nudy i sudoku. Atmosferę podgrzewała czasami pani, która do przechodzących pasażerów krzyczała, aby zamykali drzwi. Chodziło o drzwi automatyczne. Zapewne ta ich automatyka polegała na tym, że trzeba je było nauczyć jak otwierać i zamykać się. Niestety po kilku godzinach prób nadal nie udało się przyswoić tej wiedzy.

Poznałem wiele osób, chociaż co do niektórych to nawet nie wiem jak się nazywają. Rozmawiałem ze spikerami, wymieniliśmy sporo ciekawych spostrzeżeń. Z częścią z nich wymieniłem wizytówki. Zobaczymy czy coś z tego wyjdzie.
Przypomniałem sobie tajniki władania językiem angielskim. Mój sukces był na tyle duży, że tymczasowo zapomniałem o ojczystej mowie. Nawet na drugi dzień pod prysznicem myślałem do siebie po angielsku.

Z ciekawostek warto też wspomnieć o mojej nagrodzie. Chyba pierwszej od kilku lat (dlatego mam nieczystą ochotę pochwalenia się nią). Jest nią telefon Palm Pre Plus.
Wprawdzie otrzymałem go jako nagrodę (a może prezent?) w wyniku losowania, ale obiecałem, że wykorzystam go do poznania tajników tworzenia aplikacji na smartfony (w wypadku Palma mowa o HTML 5 i rzeczach związanych z tym językiem). Jeśli w jakiś sposób tego nie będę robić zobowiązuję się do przekazania tego telefonu komuś kto będzie chciał poznać technologię.

Pierwotnie na konferencję miałem nie jechać. Zasoby mojego portfela przekonały mnie, że może w następnym życiu będzie mnie stać na taką przyjemność. Na szczęście, dzięki wspaniałomyślności mojej firmy dostałem w prezencie bilety. Jeśli za rok odbędzie się coś podobnego to można być pewnym, że nic mnie nie powstrzyma i pojadę tam.

Jestem zdania, że brakuje w Polsce takich wydarzeń. Zjazd tylu osobistości na pewno wpływa na rangę imprezy, oraz daje szanse na wysoki merytorycznie poziom.
Zastanawiam się również nad tym, czy uda mi się zorganizować na podobne imprezy poza granicami Polski. Jeśli chodzi o rozwój to na pewno będą bardzo pomocne. Do tego zawsze jest ten czynnik ludzki, dzięki któremu pozostają o wiele lepsze wspomnienia.

Dziękuję polskim blogerom

Na kwestie polityczne staram się nie wypowiadać. Nie ma co się kompromitować brakiem fundamentalnej znajomości języka polskiego (bo jeszcze się okaże, że napisałem jakieś słowo w złym kontekście przez co dam do zrozumienia żem debil), nieznajomością historii (bo jeszcze pomyli mi się agent Bolek z papieżem Lolkiem), nie wspomnę o samej polityce. Zdecydowanie bardziej wolę czytać wypowiedzi innych. Ostatnio dochodzę do pewnego wniosku. Mianowicie, nawet gdyby pozbyć się aktualnych polityków i na ich miejsce wpakować światłych blogerów to sytuacja byłaby taka sama. Dokładnie te same przepychanki, bezowocne dyskusje, wyciąganie brudów sprzed lat, itd.

Teraz wspomnę coś o moich wrażeniach, o których pokrętnie napisałem wyżej. Otóż, gdyby tak przejrzeć najpopularniejsze tematy polityczne jakie przewinęły się ostatnio na Joggerze to statystyczne kłótnie są podobne (wg. subiektywnej metodologi “pi razy drzwi“). Odrobina wyzwisk, analiza wypowiedzi pod kątem poprawności językowej, uświadamianie oponenta, że jest niedouczony. Mało kiedy widać w tych dyskusjach jakieś wspólne konkluzje, które można określić mianem “porozumienia”. Najczęściej jest to regularna bitwa pomiędzy różnymi opcjami politycznymi.

Wracając do tytułu notki, za co dziękuję? Zawsze tak pięknie wypowiadacie się o polityce. Tyle pięknych argumentów, czasami na takim poziomie, że mimo dobrych chęci nie potrafię ich zrozumieć (to akurat zrzucam na swoją głupotę). Wasza aktywność jest godna podziwu.
Obrazek, który sami sobie tworzycie wydaje się być identyczny z tym co tworzą ludzie na Wiejskiej. No może są nieco inne barwy, oraz pewne różnice w detalach.

Stąd też nasunął mi się wniosek, o którym wspomniałem w pierwszym akapicie. Dla zwykłej chęci wzbogacenia o kolejną treść tego akapitu przypomnę – gdyby blogerami zastąpić polityków to sytuacja na folwarku politycznym uległaby niewielkim zmianom.
Na koniec moja mózgownica stawia pytanie. Czy owa myśl, wniosek, jest prawidłowa, czy też szalona?

Tak, po raz kolejny odniosłem się do ogółu. Przypominam, że to jest wypowiedź osoby, która nie potrafi w sposób klarowny przedstawiać tego drażniącego echa odbijającego się wewnątrz czaszki.

Zawiodłem się

Myślałem, że potrafię w miarę oceniać ludzi. Wydawało mi się, że przynajmniej na tyle aby wiedzieć komu mogę zaufać, na kim polegać. Miałem rację, wydawało mi się. Ten miesiąc zdążył dostarczyć mi poważne rozczarowania co do osób, które były mi w pewien sposób bliskie, lub na których mi po prostu zależało.

Nie sądziłem, że powiem to o kimkolwiek. Zazwyczaj mam do osób ogromny zasób cierpliwości oraz wyrozumiałości. Niektórzy wyczerpują go szybciej, inni na tyle wolno, że zdąży się on zregenerować.
W przypadku tych kilku osób owe zapasy po prostu wyparowały.

Owe rozczarowanie wynika głównie z działań, oraz decyzji jakie zostały podjęte. Niektóre z nich poważnie nadszarpnęły moje zaufanie, inne zwyczajnie nie spełniły tego co oczekiwałem.
Rzadko zdarza mi się wymagać cokolwiek od innych. W relacjach towarzyskich nie lubię stosować na innych presji. Nie ma takiej konieczności. W stosunku do tych osób było podobnie.
To czego oczekiwałem nie było tym osobom powiedziane. Nie zrobiłem tego ponieważ pochopnie założyłem, że mogę na nich polegać.

Rzeczywistość bywa różna. Najwyraźniej trzeba co jakiś czas weryfikować nasze stosunki z osobami nam bliskimi. Możliwe, że to co dawniej było faktycznie bliską relacją, teraz jest tylko płowym wspomnieniem.

Psycho!

Tak się złożyło, że w wyniku dziwnych życiowych telenowel wylądowałem dzisiaj na terenie szpitala psychiatrycznego (tzw “Srebrzyskach”) w Gdańsku. Miałem tam odnaleźć przyjaciółkę, która to niby tam właśnie przebywała.

Na terenie szpitala znalazłem się około godziny 18.30. Było ciemno, padało, ogólnie tak troszkę mrocznie. Gdy dotarłem do bramy szpitala (a właściwie to całego kompleksu) poczucie mroku się zagęściło. Okazuje się, że jest to ogromny teren, na którym jest pełno drzew, krętych chodników oraz przeróżnych budynków.

Atmosfera tam panująca wydaje się być przytłaczająca. Sam wygląd budynków potrafi skutecznie przygasić osobę. Powiem, że czasami nawet na cmentarzu wydaje się być zabawniej. Ciekaw jestem jak ludzie z zaburzeniami psychicznymi mają dochodzić do siebie w tak ponurym miejscu? Możliwe, że takie wrażenia są tam tylko po zmierzchu. Mimo to, można się tam troszkę “zeschizować”.

Dziwną dla mnie, rzeczą było to, że w zasadzie mogłem wejść do większości budynków. Przynajmniej do tych gdzie paliło się światło. Jeszcze dziwniejsze było to, że w zasadzie w środku nie mijałem praktycznie nikogo. Równie dobrze mógłbym się przejść po pokojach i próbować coś podprowadzić (chociaż wątpię aby było tam coś wartościowego).

Tak więc sobie troszkę błądziłem po tym kompleksie. Szukałem miejsca gdzie mogę się dowiedzieć coś więcej o mej przyjaciółce. W końcu trafiłem do izby przyjęć.
Tam akurat przyjęto pana, który sobie postanowił obsikać podłogę. Personel jakoś zupełnie się nie przejmował moją osobą. Ja w zasadzie nie chciałem wadzić także postanowiłem budynek opuścić na kilkanaście minut aby ludzie uporali się ze staruszkiem.

Przyznam się, że zaskoczyło mnie to, że zupełnie obce osoby mogą się po prostu panoszyć po tego typu miejscu. Jakoś tak zupełnie niewłaściwe to się wydaje. Zwłaszcza, że trzeba mieć tutaj na uwadze dobro pacjentów. Co do samego miejsca to jakoś nie jestem przekonany do tego, aby atmosfera w nim panująca potrafiła pomóc. Gdybym ja tam wylądował to mój stan uległby raczej pogorszeniu, a nie poprawie.

Co do przyjaciółki. No cóż, nie ma jej tam, nie było. Przynajmniej nie przez ostatnie kilka dni, a twierdziła, że w szpitalu wylądowała (przed)wczoraj. Zrobiono mnie zwyczajnie w przysłowiowe bambuko. Pprzynajmniej miałem okazję poznać to dość specyficzne miejsce.

Misja – badania okresowe

Tak się złożyło, że już minęły dwa lata od ostatnich badań i należało wykonać kolejne. Wyszło na to, że nie tylko ja zostałem wysłany z firmy na te badania, bo łącznie było nas czworo. Z samego rana drużyna dzielnie przybyła do placówki medycznej w celu rozpoczęcia szeregu badań, decydujących o tym czy nadal możemy pracować w zawodzie.

Na dzień dobry pierwszy zonk – “my nie mamy podpisane umowy z taką firmą”. Oznaczało to, że straciliśmy jakąś godzinę tylko po to aby wyjaśnić bałagan jaki zaistniał w placówce. W końcu machina ruszyła. Właściwie to rozpoczął się nasz quest, ponieważ ktoś postanowił nam z tych badań zrobić małego RPGa. “Idźcie do punktu X, zrobić badanie Y, po czym wróćcie do nas po kolejne instrukcje”. I tak przez bite siedem godzin.

Oczywiście wszędzie były kolejki. Każda lokacja różniła się praktycznie wszystkim. Inni ludzie, inne wyposażenie. Mijaliśmy też ludzi, którzy wyruszyli w pojedynkę na podobną misję ku nieznanemu. Mijaliśmy też miejsca, które potrafiły pobudzić wyobraźnię. Sale wyglądające jak mroczne prosektoria, jakieś tajemnicze nieukończone budowle..

Na zakończenie, czyli badanie lekarskie, przyszło nam ładnie poczekać jakieś dwie godziny w kolejce. Kolejce, która nie była jakoś długa, po prostu sporo czasu zajmowało przebadanie jednej osoby. Na szczęście czas umilały nam tradycyjne karty do gry.

Owa placówka medyczna zachwyciła mnie w paru momentach rozwiązaniami technicznymi. Po raz pierwszy od jakiś dziesięciu lat znowu miałem okazję zobaczyć system z rodziny Windows 3.11. Do kompletu dawno niewidzianych rzeczy warto dorzucić stare dobre maszyny do pisania. Jak miło było usłyszeć ich “strzelanie”.
Szczytem kamuflażu okazał się rentgen. Byliśmy przekonani, że owa placówka posiada aż dwa aparaty. W końcu były dwie różne sale do których się wchodziło. Cóż, okazało się, że te dwie sale prowadziły do tego samego aparatu. Ot, taka mała mistyfikacja ;)

Już dawno nie korzystałem z usług opieki medycznej. Widzę, że nadal jest tak samo źle/śmiesznie jak było. Całe szczęście, że personel był wyjątkowo optymistyczny. Gdyby nie oni to w wielu miejscach tej placówki można by było kręcić dobre horrory.

Życie, życie jak nowela…

Zawsze mnie śmieszyły teksty typu “jak w filmie”. Nadal mnie śmieszą, choć teraz ja sam mogę używać takiego sformułowania w kontekście ostatnich wydarzeń.
Pomyśleć, że wystarczy kilka dni, intensywnych dni, aby wypełnić scenariusz “Mody na Sukces” na kolejny rok.

Historia dzieli się na wątki, sceny akcji, przedłużone rozważania filozoficzne, oraz oczywiste problemy miłosne. Do tego kilka scen przepełnionych płaczem, krzykiem. Całość zaczyna się tak jak zwykle. Niewinnie, ot jakieś niedomówienia, a później całość przyspiesza aż nagle dochodzimy do punktu kulminacyjnego i nagle mamy koniec… Sęk w tym, że koniec jeszcze nie jest znany.

Wątpię aby całość zakończyła się happy endem. Chociaż w tej sytuacji nawet złe zakończenia mogą być tymi dobrymi. Kolejne pytanie – jak bardzo “dobrymi”..?
Czy jako “dobre” zakończenie można traktować sytuację, kiedy wszyscy przeżyli? A może to za mało? Może “lepszym” zakończeniem będzie to, że przeżyli i nie stracili znajomości? Lepiej raczej nie będzie, bo to byłoby prawdziwie dobre zakończenie. Jak wspomniałem nic na takie nie wskazuje.

Jaka jest ma rola w tym? Jestem obserwatorem, a zarazem narratorem. Jestem dobrym i złym aniołkiem szepczącym do uszu bohaterów. Wszystkim chcę pomóc, ale wiem, że tak się po prostu nie da. Nie chcę faworyzować żadnej ze stron, ale nie jestem w stanie pozostać w pełni obiektywny w sprawie.

Moje starania odbijają się tym, że wysłuchuję płaczów, kolejnych koncepcji. Poznaję kolejne podejrzenia, oraz fakty je potwierdzające. Cała sytuacja zrobiła się na tyle skomplikowana, że przestałem ją w pełni rozumieć i pracuję w trybie przekaźnika. Przekazuję to co mam z jednej strony na drugą. W międzyczasie poznaję coraz więcej “faktów”. Wraz z ilością coraz gorzej rozumiem o co chodzi.

I tak, chodzi o sytuację w związku. Sytuację na tyle dziwną, że spokojnie można by ją analizować przez kolejne dni. Sytuację, która wydaje się być tak strasznie popaprana, że najlepszym rozwiązaniem wydaje się być zaprzestanie drążenia tematu oraz zwyczajne rozstanie. Ale nie tym razem. Tym razem całość będzie się przeciągać. Będzie wzajemne udowadnianie swojej racji, mimo że to do niczego nie doprowadzi.

Powiedziałbym, że całość godna rasowej telenoweli Wenezuelskiej. Szkoda, że pośrednio w niej uczestniczę. Nie pomogę wszystkim, a to chciałbym właśnie osiągnąć.

Na chwilę obecną akcja zatrzymała się na szpitalu, oraz dalszym poszukiwaniu kolejnych dowodów winy.

Miniblog: Ludzie i ich zasady

Każdy ma jakieś zasady. Mniejsze, większe itd. Jedni kierują się nimi w życiu, inni wymagają ich przestrzegania od innych (niekoniecznie od samych siebie). Większość osób nie rozumie czyiś zasad, część się z nich nabija, a inni podziwiają.

To co jest przedmiotem drwin, podziwu jest czymś co czyni nas wyjątkowymi lub też wyjątkowo upierdliwymi.
Czy faktycznie tak jest, czy to jest tylko wynik moich przemyśleń związanych z ostatnimi rewelacjami z okolicy mojego życia?

W pogo!

Jako profesjonalny dziennikarz, specjalizujący się w relacjonowaniu w sposób obiektywny subiektywny przeżyć jednostki znanej jako “ja” (ew. radmen, lub inaczej) postanowiłem również opisać w paru słowach swoje przeżycia z dość specyficznego “tańca”. Owa formacja taneczna polega skakaniu w dowolnym kierunku, lub dynamicznym przytulaniu się z pozostałymi. To zjawisko określane jest mianem “pogo”. Zapewne to o wiele jaśniej wytłumaczy ten pseudo-opis ;)

Ów pogo miało miejsce na koncercie zespołu Happysad (w Gdyńskim Uchu). Zespół Happysad poznałem dzięki swojej poprzedniej dziewczynie kilka lat temu. Ich muzyka wpadała w ucho, ale jakoś nie zatrzymałem się przy nich na dłużej. Co ciekawe, nie posądziłbym ich o to, że na koncertach może dochodzić do tak rzeźnickich rzeczy jak pogo.

Pogo dla mnie zawsze wydawało się być specyficzną formą ekspresji dla osób, które chcą oberwać, lub chcą komuś przywalić. W wypadku tego koncertu to czasami wyglądało podobnie. Mimo to muszę przyznać, że całość była bardzo “przyjemna”. Takie wpadanie na siebie (za ogólnym przyzwoleniem) oraz przepychanie jest świetną formą wyładowania energii. Oczywiście poza różnymi interakcjami z ludźmi zawsze można było stać w miejscu i skakać dla samego siebie.
Całość troszkę wyglądała jak spęd bydła. Mimo tego podobało mi się to, że ludzie starali się jakoś pilnować. Gdy ktoś się przewalił od razu kilka osób wyciągało go. Można powiedzieć, że były to takie przerwy od chaosu i “agresji” wypełnione współczuciem i miłosierdziem ;)

Okazało się, że pogo to nie tylko durne skakanie. Można tam wyróżnić kilka form, które są specyficzne w swoim wykonaniu. Udało mi się wyróżnić coś takiego jak fale ludzkie, tarany oraz falangi.
Najbardziej spodobały mi się falangi, w których razem z kumplem przepychaliśmy się przez całą salę. Ot tylko po to aby przekonać się z którego profilu wykonawcy wyglądają lepiej.
Fale również były zabawne, najpierw przyciskamy tych przy barierkach aby później nas zepchnięto do tyłu.
Trochę wkurzały mnie tarany – pojedyncze osoby, które rozpychały się na każdą stronę, lub dość “chamsko” popychały innych.

Były też osoby, które postanowiły sobie popływać nad tłumem. Fenomenem, którego nie pojmuję do teraz jest to, dlaczego najczęściej w górze była laska, która mogła konkurować w konkursie ciężkości z dorodnym dzikiem.

Kolejnym fenomenem, tym razem takim związanym ze mną, było to, że nie miałem ochoty na piwo! Lubię sobie wypić na imprezie. W tym wypadku piwo sprawiło, że w mordzie szybko zrobiło mi się sucho przez co moja wydajność w pogowaniu spadła. Resztę imprezy zapijałem soczkiem. Tak, można bawić się na trzeźwo.

Jak dla mnie impreza była przednia. Chętnie wybiorę się na coś podobnego. Pomimo obić, obtarć, zakwasów uważam, że warto.
Podobało mi się to, że towarzystwo (mówię ogólnie o wszystkich co byli na imprezie) było dość mieszane, także dzięki temu panowała fajna atmosferka.

Podejrzewam, że gdyby był to koncert kapeli bardziej hardcorowej to towarzystwo było by bardziej hermetyczne, również niebezpieczne. Znajomy opowiadał mi co się działo na koncercie KSU – tam trzeba było uważać, aby nie dać się wciągnąć w pogo.

Niemniej jednak czuję, że będę częściej na podobnych koncertach. Fajnie jest się dać poharatać w takim towarzystwie.

Użyta terminologia jest wymysłem mojej chorej świadomości. Zapewne nie ma żadnego pokrycia z profesjonalnymi określeniami.

Moje włosy nie są emo!

Nie są też lwiątkowe, ani jezusowe. Nastąpił czas metamorfozy wojownika mroku, w wojownika mroku incognito.

Ponad roczny czas zapuszczania sprawił, że przyzwyczaiłem się do kudłów i ciężko było się ich pozbyć. Na decyzję wpłynęły tajemnicze twory na podłodze – “kłębki” włosów, żyjące swoim własnym życiem. Wszędzie było pełno pojedynczych włosów. Po prostu trzeba było skończyć tą farsę ;)

W ramach prowadzonego tutaj dziennika postanowiłem zamieścić jak wyglądałem przed akcją (1, 2), oraz po (1, 2). Jak widać “radykalnie” rozwiązałem swój problem.

Ludzie na wsi mówią, że teraz jestem jak Ibisz – ubyło mi lat i znowu jestem słodką siedemnastką.

Zdjęcia sponsoruje nowy telefon (opiszę go później). Przepraszam, że nie są w 100% sweet. Przez zwykłe niedbalstwo nie zrobiłem ich w toalecie.