Życie, życie jak nowela…

Zawsze mnie śmieszyły teksty typu “jak w filmie”. Nadal mnie śmieszą, choć teraz ja sam mogę używać takiego sformułowania w kontekście ostatnich wydarzeń.
Pomyśleć, że wystarczy kilka dni, intensywnych dni, aby wypełnić scenariusz “Mody na Sukces” na kolejny rok.

Historia dzieli się na wątki, sceny akcji, przedłużone rozważania filozoficzne, oraz oczywiste problemy miłosne. Do tego kilka scen przepełnionych płaczem, krzykiem. Całość zaczyna się tak jak zwykle. Niewinnie, ot jakieś niedomówienia, a później całość przyspiesza aż nagle dochodzimy do punktu kulminacyjnego i nagle mamy koniec… Sęk w tym, że koniec jeszcze nie jest znany.

Wątpię aby całość zakończyła się happy endem. Chociaż w tej sytuacji nawet złe zakończenia mogą być tymi dobrymi. Kolejne pytanie – jak bardzo “dobrymi”..?
Czy jako “dobre” zakończenie można traktować sytuację, kiedy wszyscy przeżyli? A może to za mało? Może “lepszym” zakończeniem będzie to, że przeżyli i nie stracili znajomości? Lepiej raczej nie będzie, bo to byłoby prawdziwie dobre zakończenie. Jak wspomniałem nic na takie nie wskazuje.

Jaka jest ma rola w tym? Jestem obserwatorem, a zarazem narratorem. Jestem dobrym i złym aniołkiem szepczącym do uszu bohaterów. Wszystkim chcę pomóc, ale wiem, że tak się po prostu nie da. Nie chcę faworyzować żadnej ze stron, ale nie jestem w stanie pozostać w pełni obiektywny w sprawie.

Moje starania odbijają się tym, że wysłuchuję płaczów, kolejnych koncepcji. Poznaję kolejne podejrzenia, oraz fakty je potwierdzające. Cała sytuacja zrobiła się na tyle skomplikowana, że przestałem ją w pełni rozumieć i pracuję w trybie przekaźnika. Przekazuję to co mam z jednej strony na drugą. W międzyczasie poznaję coraz więcej “faktów”. Wraz z ilością coraz gorzej rozumiem o co chodzi.

I tak, chodzi o sytuację w związku. Sytuację na tyle dziwną, że spokojnie można by ją analizować przez kolejne dni. Sytuację, która wydaje się być tak strasznie popaprana, że najlepszym rozwiązaniem wydaje się być zaprzestanie drążenia tematu oraz zwyczajne rozstanie. Ale nie tym razem. Tym razem całość będzie się przeciągać. Będzie wzajemne udowadnianie swojej racji, mimo że to do niczego nie doprowadzi.

Powiedziałbym, że całość godna rasowej telenoweli Wenezuelskiej. Szkoda, że pośrednio w niej uczestniczę. Nie pomogę wszystkim, a to chciałbym właśnie osiągnąć.

Na chwilę obecną akcja zatrzymała się na szpitalu, oraz dalszym poszukiwaniu kolejnych dowodów winy.