Mało konkretna relacja z FrontTrends 2010

Przygoda moja rozpoczęła się w środę. Jakoś po południu nadjechał mój pociąg, który tempem rakiety (po jakiś 7 godzinach) dojechał do Warszawy. Chwała panom kolejarzom, że wliczyli do rozkładu czas na postoje w szczerym polu dzięki czemu nie musiałem słyszeć o opóźnieniach.

Będąc w stolicy ok 22 doszedłem do wniosku, że to jest ponure miejsce. Bez większych problemów udało mi się odnaleźć tramwaj, który podwiózł mnie na umówione miejsce. Później wszystko poszło z górki. Przyjaciółka, która mnie odebrała pokazała mi gdzie mieszka. Od tego momentu mieszkanie na ulicy Litewskiej było moją bazą wypadową.

Pierwszy wypad był niespodziewany. Rozmyślając nad snem nagle telefon zadzwonił. Słuchawka przemówiła do mnie, że osoba na drugim końcu fali właśnie przyjechała na miejsce oraz szuka towarzystwa do piwa. Moją jedyną wątpliwością było to jak później wrócę. Na szczęście wyimaginowane opary alkoholu szybko rozwiązały moje wątpliwości. Tak więc już po północy rozpoczęła się pierwsza misja w stolicy – odnalezienie knajpy gdzie będzie można wypić piwo. Nie wiedzieć dlaczego okazało się to wyjątkowo skomplikowane.

Pierwszy wypad na piwo zakończył się dość późnym powrotem do mieszkania, oraz krótkim snem. Trzy godziny później trzeba było wstawać aby zdążyć na rejestrację na konferencję.
Oczywiście po raz kolejny pojawił się problem dojazdu. Tym razem rozwiązał go taksówkarz, który wykorzystał swoją wiedzę zamkniętą w czarnym pudełku z napisem “GPS”.

Konferencja odbywała się na uczelni PWSBiA, tej samej, w której zdemolowaliśmy pokój w akademiku jakieś parę lat temu. Trochę ciężko było znaleźć odpowiednie audytoria, na szczęście umiejętność zadawania podstawowych pytań (“gdzie ja kurna jestem?“) po raz kolejny przydała się.

Tak więc rozpoczął się pierwszy dzień konferencji FrontTrends. Przy rejestracji dostałem fajową smycz, opaskę i jakieś plastikowe coś. Zdaje się, że identyfikator. W sumie nie wiem do czego był potrzebny, w zasadzie ani razu się nie przydał. No może do tego abym mógł coś zawiesić na fajowej smyczy, która szpaniła na mej szyi.

Niestety na moje samopoczucie wpłynął pewien mutagen, zwany kacem, który w pewnym momencie utrudnił mi percepcję świadomości (inaczej mówiąc momentami przysypiałem ;) Ów mutagen został zniszczony w południe. Pokonała go zielona lasagnia. Zapewne te wodorosty miały jakieś antyciała czy cuś.

Pozostawmy kaca samemu sobie, wróćmy do konkretów. Prezentacje na których byłem okazały się być źródłem ogromnej wiedzy. Spikerzy są starymi wyjadaczami w prowadzeniu tego typu zabaw, dzięki czemu merytorycznie nie mogłem się do niczego przyczepić.
Po kilku godzinach wykładów nadszedł czas zakończenia dnia. Właściwie jego rozpoczęcia. Nie wiedzieć dlaczego, ale organizatorzy postanowili po pierwszym dniu zorganizować tzw afterparty. Nie żebym narzekał, wyleczony kac domagał się odrobiny czułości.

Wylądowaliśmy w klubie, którego lokalizacja była częściowo utajniona. Niby ulica znana, ale ja jako szary obserwator nie dostrzegłem niczego konkretnego. Przyczyną tego zapewne było to, że trzeba było przekroczyć bramę, a później to dziedzińczykiem prosto, na prawo, a później na lewo.
Lokal mimo swego ogromu był mały. Może było tak dlatego, że do owej małej przestrzeni przyczynili się ludzie, którzy postanowili swoimi ciałami wypełnić każdy milimetr kwadratowy przestrzeni. Na szczęście udało się znaleźć swoje pół metra, tak aby bez problemu stać w miejscu oraz wykonać figurę akrobatyczną – obrót o 360°.

Afterek żył swoim życiem, a ja walczyłem z barierą językową. To nie jest tak, że nie znam języka. Raczej świadomość tego na ile go znam przyczyniła się do mej niechęci. Na szczęście odpowiedni motywator sprawił, że w końcu i w tej kwestii się przełamałem. Poznało się kilka osób, pogadało się trochę. Trochę też się nie zrozumiało. Ciężko zrozumieć faceta, który mówi coś o technologiach webowych, aż nagle wspomina coś o nazistach. A może to po prostu wina złego akcentu, albo pewnej odmiennej rzeczywistości wywołanej przez motywator?
Dla mnie impreza skończyła się raczej szybko. W końcu odezwało się niewyspanie, oraz jego brat – zmęczenie.

Drugi dzień był całkiem podobny do pierwszego. Z tym wyjątkiem, że mutagenem zaraził się jeden ze spikerów, a nie ja. Przyznać trzeba, że owy spiker był naprawdę dzielny. Wprawdzie spóźnił się, ale udało mu się poprowadzić swój wykład. Co więcej zrobił to naprawdę dobrze, a pewne wpadki (które można nazwać humorem sytuacyjnym) sprawiły że atmosfera była naprawdę dobra.

Ponownie, te kilka godzin minęło strasznie szybko. Na szybko zorganizowano kolejnego afterka. Tym razem w bawarskiej knajpie mającej aspiracje na bycie czeską strefą eksterytorialną. Ponownie lokal duży, a jednak ciasno. Tym razem nie z powodu ludzi, a fatalnie zorganizowanego zagospodarowania przestrzennego. Na szczęście FrontTrendowcy to nie są stereotypowi informatycy – potrafią przesuwać krzesła, a nawet stoły.
Szkoda, że obsługa lokalu miała bardzo niską przepustowość myśli. Do tego te myśli były jedynie w języku polskim przez co trzeba było zatrudnić się w branży tłumaczy.
Nie będę wspominał o tym, że nastąpiła profanacja podczas nalewania piwa. I to nie raz.

Na obronę obsługi muszę powiedzieć, że również nie zależałoby mi. Przynajmniej nie po całodniowym treningu podnoszenia ciężarów jedną ręką. Widok pani, chucherka, z tacą wypełnioną kilkoma ogromnymi kuflami piwa potrafi wzbudzić litość.

Moja bariera językowa zupełnie została przełamana. W pewnym momencie odkryłem, że napotkałem inną barierę. Zapomniałem jak się mówi po polsku. Skutkiem tego było zwracanie się do obsługi po angielsku. Szczęście, że miało to miejsce w innym lokalu, ponieważ o północy oznajmiono delikatnie aby spierdzielać.
Zadziwiające, ale możliwe jest gadanie o technologii po kilku(-nastu?) piwach o godzinie 4 nad ranem.

Ostatni dzień (tj sobota) polegał na tzw. aktywnym wypoczynku. Jako że jestem typowym polskim patriotą w Warszawie (mimo tych kilkunastu lat na karku) byłem po raz pierwszy. Miałem okazję przejść się po starówce. Robi wrażenie. Ot takie coś, niby to stare, a jednak o niebo lepsze niż młodsze paskudztwa z ostatniego dwudziestolecia. Zaskoczyły mnie marmurowe tablice, z interaktywnym panelem. Nie wiedziałem, że matka natura zaczęła się interesować tak intensywnie branżą IT.
Podczas spacerku minąłem parę osób, które spotkałem na konferencji. Nie miałem czasu z nimi pogadać, ponieważ byłem w całkiem normalnym pośpiechu na pociąg.

Tym razem PKP nie zawiodło, pociąg miał opóźnienie. Podróż powrotna upłynęła w błogiej atmosferze nudy i sudoku. Atmosferę podgrzewała czasami pani, która do przechodzących pasażerów krzyczała, aby zamykali drzwi. Chodziło o drzwi automatyczne. Zapewne ta ich automatyka polegała na tym, że trzeba je było nauczyć jak otwierać i zamykać się. Niestety po kilku godzinach prób nadal nie udało się przyswoić tej wiedzy.

Poznałem wiele osób, chociaż co do niektórych to nawet nie wiem jak się nazywają. Rozmawiałem ze spikerami, wymieniliśmy sporo ciekawych spostrzeżeń. Z częścią z nich wymieniłem wizytówki. Zobaczymy czy coś z tego wyjdzie.
Przypomniałem sobie tajniki władania językiem angielskim. Mój sukces był na tyle duży, że tymczasowo zapomniałem o ojczystej mowie. Nawet na drugi dzień pod prysznicem myślałem do siebie po angielsku.

Z ciekawostek warto też wspomnieć o mojej nagrodzie. Chyba pierwszej od kilku lat (dlatego mam nieczystą ochotę pochwalenia się nią). Jest nią telefon Palm Pre Plus.
Wprawdzie otrzymałem go jako nagrodę (a może prezent?) w wyniku losowania, ale obiecałem, że wykorzystam go do poznania tajników tworzenia aplikacji na smartfony (w wypadku Palma mowa o HTML 5 i rzeczach związanych z tym językiem). Jeśli w jakiś sposób tego nie będę robić zobowiązuję się do przekazania tego telefonu komuś kto będzie chciał poznać technologię.

Pierwotnie na konferencję miałem nie jechać. Zasoby mojego portfela przekonały mnie, że może w następnym życiu będzie mnie stać na taką przyjemność. Na szczęście, dzięki wspaniałomyślności mojej firmy dostałem w prezencie bilety. Jeśli za rok odbędzie się coś podobnego to można być pewnym, że nic mnie nie powstrzyma i pojadę tam.

Jestem zdania, że brakuje w Polsce takich wydarzeń. Zjazd tylu osobistości na pewno wpływa na rangę imprezy, oraz daje szanse na wysoki merytorycznie poziom.
Zastanawiam się również nad tym, czy uda mi się zorganizować na podobne imprezy poza granicami Polski. Jeśli chodzi o rozwój to na pewno będą bardzo pomocne. Do tego zawsze jest ten czynnik ludzki, dzięki któremu pozostają o wiele lepsze wspomnienia.

6 Responses to “Mało konkretna relacja z FrontTrends 2010”

  1. pim October 24, 2010 at 2:30 pm #

    Afterek z Celikiem czy PPK, to musi być coś.

    „Mój sukces był na tyle duży, że tymczasowo zapomniałem o ojczystej mowie. Nawet na drugi dzień pod prysznicem myślałem do siebie po angielsku.”

    Ja po godzinie rozmowy po angielsku doznałem niemałego szoku, widząc, że ludzi na ulicy mówią po polsku :)

  2. radmen October 24, 2010 at 2:30 pm #

    PPK nie pojawił się na afterze. Z tego co wiem to na pierwszym nie było bo się zasiedział w hotelu i z kimś gadał, a co do drugiego dnia to nie wiem. W każdym bądź razie nie został na imprezie po imprezie ;)

  3. dizzer October 24, 2010 at 2:30 pm #

    TA DEMOLKA W AKADEMCU BYLA EPICKA!

  4. ferrante October 24, 2010 at 2:30 pm #

    Cześć, dzięki za ciekawą relację. Miejmy nadzieję, że spotkamy się na Falsy Values, a na nagrodę nie będziesz już musiał nigdy czekać ;-)

  5. radmen October 24, 2010 at 2:30 pm #

    @ferrante: oj, ja nadal czekam na mój telefon.. :)

Trackbacks/Pingbacks

  1. PHPCon 2011 - radmen's techblog - October 26, 2011

    [...] to społeczność żyjąca swoim życiem. Brakowało mi atmosfery panującej chociażby podczas FrontTrends. Brakuje „wiary”. Czegoś co by sprawiło, że programiści nakręcają siebie nawzajem [...]