Archive | December, 2010

Miniblog: Ostatni

Dzisiaj po raz ostatni zjem śniadanie (po raz ostatni z mało świeżym pieczywem), po raz ostatni wypiję kawę i oddam mocz. Wszystko to ku lepszej, jutrzejszej rzeczywistości, ponieważ to ostatni to jedynie symbolicznie jest. Coś się kończy, coś się zaczyna.

Po raz ostatni zapisuję na tym blogu notkę. Na podsumowanie roku przyjdzie czas w nowej, niekoniecznie lepszej, rzeczywistości. Tymczasem bawcie się dobrze i pokażcie wszystkim, jak potraficie się żegnać z przeszłością =) Mnie czeka imprezka w rytmach whisky i karaoke z Lady Gaga.

Miniblog: Prezentowo

Chciałem napisać pewną refleksję dotyczącą tradycji. Refleksja zakończyła się na kilu próbach spisania myśli. Wniosek zawsze taki sam – zimny, ponury, pozbawiony emocji. O czym była rzecz? O więzieniu jakie narzuca nam tradycja, spaczony przez ludzi obyczaj, który posiada zarodek piękna. Popierając się przykładami chciałem wspomnieć o tym, że wigilia to teraz konieczność kupowania prezentów bo tak się robi.

No i napisałem. Krótko, bez przykładów, bez emocji w sposób zimny. Tym razem bez wniosków bo i po co? Zapomnieliśmy, że najlepszym prezentem jaki możemy komuś podarować jesteśmy my sami i nasz czas. Zapomnieliśmy też, że to nie jest jedyny dzień kiedy możemy kogoś obdarowywać tą specjalną aurą.

Pobyt na wsi wzbudza we mnie myśli natury ponurej. A może to ja przestałem się już cieszyć tym co kiedyś sprawiało frajdę? Dług u dziwki najwyraźniej pozostał niespłacony.

24.12.2010

Wyczekiwanie, mikołaj, tajemnica, prezenty. Tak było dawniej. Konieczność, kasa, irytujący Wham i “Last christmas”. Tak było parę lat temu. Brak czasu, brak ducha świąt, spotkania. Tak jest teraz. Przestałem odczuwać ducha świąt. Przynajmniej takiego w wydaniu dziecięcym, sprawiającym najwięcej frajdy. Teraz święta cenię sobie za czas jaki mogę poświęcić na spotkanie się z bliskimi mi osobami. Nie chodzi już o prezenty, ani o specjalną kolację i masę słodkości.

Teraz święta są dla mnie normalnym dniem, różniącym się od pozostałych jedynie tym, że wymusza go tradycja. Nie byłoby w tym nic strasznego gdyby nie fakt, że taki dzień jest raz w roku. W tym dniu jakoś wszyscy starają się być dla siebie mili. Żeby było zabawniej to nawet nie jest wymuszone. Ludzie po prostu w głębi siebie czują to święto i dają tego dowód. Szkoda tylko, że to jest jeden dzień. Rok ma tych dni zdecydowanie więcej.

Gdy tak sobie o tym myślę, to dochodzę do wniosku, że takie święta są popisem ludzkiej hipokryzji. To jest też idealny przykład jak by mogło wyglądać nasze codzienne życie gdybyśmy wszyscy wobec siebie zachowywali się tak jak podczas świąt. Odrobina zrozumienia, miłości i współczucia. Tak niewiele, a daje bardzo dużo.

Let the sun shine (in our souls).

Coś za coś

Nie ma ludzi idealnych. Taka myśl ostatnio krążyła w mej jaskini zamocowanej na szczycie kręgosłupa. Przykładowo – można być tak zajebistym jak ja, ale w zamian jest się informatykiem. Przyglądałem się ludzikom w galerii handlowej. Mijałem parę naprawdę fajnych kobitek. Okazywało się, że na dobrym wyglądzie plusy się kończyły. Inne panie, które zwróciły moją uwagę ze względu na jakieś cechy inne niż wygląd okazały się mieć garbaty nochal itd.

Zasada jest raczej prosta. Posiadamy swoje wady i zalety, a i proporcje pozostają w pewnej równowadze. Może i mamy potencjał na bycie kimś idealnym. Wydaje się, że w dążeniu do perfekcji natura w jej właściwy sposób pozbawiła nas tego co było zbędne, w zamian dając coś nowego, lepszego. Mój mały rozum podpowiada, że to nie jest krok ku ideałowi, a jedynie zamiana czegoś w coś innego.

Ot, takie głębokie świąteczne przemyślenie – wszystko pozostaje w równowadze.

Miniblog: Niechęć do PG

Wraz ze zbliżającą się sesją, oraz natłokiem wszelkiej maści dziwności doszedłem do momentu kiedy to moja niechęć do politechniki wzrosła do poziomu nienawiści. Nienawiści tak absurdalnej, że dzisiaj mój dzień skwasiła zamknięta furtka, która jeszcze dzień wcześniej była otwarta. Przez nią musiałem obejść parking, aby trafić na wydział.

Wczoraj było podobnie. Wkurzyły mnie drzwi z napisem “otwarte od 8.00 – 17.00″, które okazały się być zamknięte we wspomnianym przedziale czasowym. Poirytował mnie brak wody na jednym z pięter, oraz brak świeżego powietrza na innym.

Jeszcze trochę, a spalę tę budę. Najpierw jednak rzucę na jej teren jakieś potężne zaklęcie (typu “całka kadabra”), a później przejdę się z siekierą po wydziale. Chyba muszę odpocząć.

Mindless

Osiągnąłem stan bezmyślności. Znajome uczucie otępienia i ignoranckiej głupoty wyprostowało moje zmarszczki na czole, przestałem mrużyć oczy. Byłem sobie sam, ja i moja bezmyślność. Stan idealny, chociaż włączył się w złym momencie. Jazda samochodem zdecydowanie wymaga aby prowadzący posiadał sprawną jednostkę decyzyjną. Nie przejmowałem się w tym momencie. Po prostu sobie byłem. Korki przestały przeszkadzać, dziwne zachowania innych uczestników ruchu również.

Idyllę zniszczył żołądek wysyłając sygnał o swej pustej zawartości. Trybiki mózgu ruszyły i zacząłem myśleć. Gdy uporałem się z kwestią jedzenia znowu zacząłem być w trybie pozorowanej bezmyślności. Właściwie to już było myślenie o jego braku i o tym jakie to było fajne uczucie.

Polecam wszystkim! Myślenie zdecydowanie jest przereklamowane. Owszem przynosi czasami korzyści, ale prawdziwą sztuką jest po prostu utknąć w jednym miejscu kompletnie nie wychwytując w głowie ani skrawka myśli. Zdecydowanie przyjemne uczucie.

Totem Świebodziński

Postawiono sobie pomnik takiego pana, który ponoć jest naszym królem. Wielu się oburzyło, inni są zachwyceni. Oburzeni skandują, że pieniądze wyrzucone w błoto, a zachwyceni, że mogą poopalać się w cieniu Boga.

Przyznaję, że mam mieszane uczucia do tego “dzieła”. Ciężko mi to nazwać “pomnikiem”, bo z niewiadomych przyczyn odnoszę wrażenie, że ów “pomnik” swoim wykonaniem prezentuje poziom sanktuarium w Licheniu, a to jest w mojej ocenie ewidentnym przykładem kiczu. Nie rozumiem również tak dobitnej potrzeby manifestowania swojej religijności.
W każdym bądź razie stało się. Bóg rzuca cień wkurwiając przy okazji wielu. Co ciekawe również swoich wyznawców. Znowu nastąpił podział na mniej i bardziej wierzących, gdzie tych “bardziej” wierzących można po prostu nazwać dewotami.

Pomijając kwestie religijne. Czy dobrze się stało, że Jezus góruje nad nami? Pomińmy już kwestię pieniędzy, tych się teraz nie odzyska. Wydaje mi się, że ten pomnik może być czymś w rodzaju “pussy magnet“, tylko takiego w wersji dla dewotów z całego świata. Śmieszne? Dziwne? Wyobraźcie sobie jakie zyski ci ludzie mogą przynieść lokalnej społeczności. Potencjał spory, chociaż w iście narodowym stylu zostanie zmarnowany.
Chyba to jest taki narodowy zwyczaj aby stworzyć coś co ma ogromny potencjał, a później ten potencjał totalnie zaprzepaścić.

Ach, przypomniał mi się Licheń i jego ograniczenia. Ciekawe czy z szacunku do Boga na terenie pola (wzgórza?) w obrębie którego stoi pomnik również nie będzie można chodzić w szortach, ani innym “ubliżającym” stroju? Lubię te wymysły adwokatów Boga, jakby to oni wiedzieli czego on najbardziej potrzebuje.