Archive | March, 2011

Eteryczny flow

Uwaga. Poniższa notka zawiera nieautoryzowany zapis niepoukładanych, oraz wysoce bezsensownych myśli autora tego bloga. Wspomniany autor nie ponosi odpowiedzialności za ewentualne straty czasu i innych równie subtelnych rzeczy.

Jestem w chwili. Kontempluję nieuchwytne piękno tego co niepojęte. Próbuję wymacać myślami ramy tej nieuchwytnej materii. Może w świecie wyobraźni pochwycę to co niezbadane i tajemnicze. Myślę o tym co zostało przemyślane i o tym o czym nikt nie myślał. Nie wiem, że myślę o tym pierwszy raz, skąd mógłbym to wiedzieć? Nie ważne, to jest przyjemne, błogie uczucie. Niech takie pozostanie.

A gdyby tak zastosować takie rozmyślania w pracy? Skuteczny spadek efektywności byłby gwarantowany, ale za to jakie cudowne wnioski mogłyby się nasuwać? Bo gdyby się tak zastanowić to myjąc kolejny talerz można dojść do wniosku, że pozostawiony syf świadczy o osobie. Czy to co czuła w danej chwili było wywołane pod wpływem pojedynczego impulsu, czy każdego dnia pozostawia taki nieład? Dla niej to codzienność, a dla mnie to może się okazać poznawczym szokiem.

Widzę kod. Taki jakiego powinienem się spodziewać. A jednak jest to coś innego. Twórcy zabrakło konsekwencji. Raz stosował taby, innym razem spacje. Czasami zostawiał masę pustych odstępów, żeby chwilę później drobnym maczkiem zapełnić kolejne ekrany. Ciekawe w jaki sposób on znajduje w tym błędy? Czy nikt nie sprawdza takiej pracy? Przecież tutaj jest tyle błędów, nawet w komentarzach..

Oto stoi sobie ochroniarz. Bacznie lustruje tyłeczki fajnych panienek, a obok niego szwęda się podejrzany typ. Co jeśli podejrzenia są słuszne i podejrzany typ zrobi coś podejrzanego? Czy ochroniarz zdąży zareagować? A może zrobi to w momencie kiedy ktoś przerwie jego subtelną więź z cudownym biustem kolejnej wypalonej laseczki?

A może gdybym ja się w końcu skupił to bym nie zastanawiał się nad tą chwilą? Bo tak naprawdę to mam cały ogrom możliwości. W równoległych wszechświatach jestem pewnie milionerem, a w innych słodko umalowanym gejem ze skłonnościami sado-maso. Ciekawe czy te wszystkie “ja” mając coś wspólnego ze mną? Pewnie wygląd, ale czy coś jeszcze? Bardzo był chciał aby oni nie byli tacy eteryczni. A może oni teraz również myślą o pozostałych “nas”?

Może te niespodziewane chwile smutku, które nas ogarniają to tak naprawdę sytuacje, w których nieskończenie bogaty gej “ja” z innego świata umiera? Ciekawe co czuje podczas umierania? Boi się, czy uśmiecha? Może spotkanie z Kostuchą będzie jego jedynym zbliżeniem z kobietą? Zdąży ją pokochać, czy znienawidzić?

Ciekawe co ja powiem Białej Pani, gdy przyjdzie. W sumie to wytknąłbym jej palec i powiedział, że to ja płaciłem krwią za swoje życie i jako klient świata wcale nie chcę jej teraz widzieć. Pewnie umówiłbym się z nią na jakieś spotkanie w przyszłości, o którym bym zapomniał. Czy urażona kochanka śmierci strzeliłaby na mnie focha? Jeśli tak, to co wtedy byłoby ze mną?

Życie jest naprawdę trudne. Tak sobie myślę i dochodzę do wniosku, że może lepiej nie myśleć za dużo? Wprawdzie to nie boli, ale później w snach kręci mi się wszystko i tworzy gorzką zupę, po której budzę się z niewysłowionym wyrazem twarzy. Czy warto myśleć tylko po to aby nie przespać kolejnej nocy? Taki bezsensowny bieg przez życie również ma swoje uroki. W końcu pominę te wszystkie bezsensowne rozważania i zbliżę się do ideału natury. Będę chciał za wszelką cenę zaspokoić podstawowe potrzeby, czyli w pewnym momencie przyczynię się do rozmnażania rasy ludzkiej.

I po co mi wiedza, że to co będę robić będzie miało taką nazwę? Zwierząt jakoś nie trzeba uczyć jak żyć. Skubane mają swój instynkt i to im wystarcza. Dlaczego człowiek nie może rodzić się z gotową książką jak przejść przez życie? Może kiedyś w pewien sposób założył się o to ze stwórcą?

Tak wiele pytań, tak mało czasu..

Różnie i luźnie

Naszedł mnie pewien ciąg myśli. Krótkich, luźnych, nie nadających się na swoją “własną” notkę. Każda myśl warta zapisania. Być może ktoś ją wykorzysta jako narzędzie mojej kompromitacji, a może posłuży jako wybawienie dla zatroskanych nastolatek.

Myśl pierwsza – sytuacja w Japonii. Mit atomu pochłaniającego wszystko powrócił. Obudziły się wszelkiej maści organizacje ekologiczne, które uważają, że takie rozwiązania energetyczne będą dla nas zgubą. Przy okazji ludzie na całym świecie wpadają w panikę, bo byle piard Boga skieruje niszczycielską chmurę radioaktywnego pyłu nad ich głowy i zniszczy cały umiłowany świat. Po raz kolejny Wielcy wykorzystują strach mas.

Myśl druga – Libia. Wielkie mocarstwa chcą zgrywać bohaterów. W końcu znaleźli pretekst aby rozkręcić wielkie tryby machiny ich interesów. Kasa kryje się za losem pojedynczych osób, wcale nie chodzi o to aby im się żyło lepiej. Gdyby tak było to Afryka po raz kolejny byłaby skolonizowana, przez jakże to miłosierne państwa zachodu.

Myśl trzecia – wspomagacz filozofii – alkohol. Odkryłem, dlaczego alkohol wspomaga małe filozofie. Tymczasowo paraliżuje kończyny, przez co organizm może przekazać więcej energii do mózgu. Mózg nagle produkuje więcej myśli, a wywołane ciśnienie ostatecznie wyważa drzwi dziennej rutyny i powoduje wysyp przemyśleń zaległych na dnie czaszki. Gdy się przesadzi to i mózg wyłącza się, a wtedy czysty instynkt zaczyna działać.

Myśli trzy się spisały. Nie chciałem się nad nimi rozwodzić dłużej, bo wtedy byłoby coś o wiele gorszego od tego co zapisałem. Ku chwale poczwarków myślowych!

Fail day

Przyzwyczaiłem się do tego, że na studiach pewnych egzaminów nie potrafię zaliczyć. Powodów jest wiele (w tym lenistwo). Teraz stało się podobnie. Dwie oblane poprawki przesądziły o tym, że na uczelni będę co najmniej rok dłużej niż to było planowane.

Nie przejąłbym się tym tak bardzo gdyby nie to, że z powodu mojego dość luźnego podejścia do uczelni z mojej winy pewna osoba nie poszła na jeden z zaległych egzaminów. Umowa była prosta, miałem powiadomić tą osobę kiedy będę znać termin. Zrobiłem to na.. ~30minut przed egzaminem. Oczywiście nijak nie udało się przyjechać na czas i przez własne zaniedbanie spierdzieliłem komuś plany związane z uczelnią.

Po raz kolejny dopadł mnie fail day (wtedy to nawet ‘day’ nie potrafiłem poprawnie napisać). Drastyczny spadek chęci do działania jest odczuwalny. Podobnie z samooceną i całą resztą, która może mieć wpływ na połysk różowych okularów.

Miniblog: Brzydkie kaczątka

Wyobraźcie sobie dziewczynę, której włosy przypominają zużytą miotłę, twarz wygląda jak zardzewiała łopata, a na to są naklejone dwa wielkie białe koła. Tak wygląda “laska”, która dawniej faktycznie była wyjątkowo ładna. Tego odkrycia dokonałem podczas niedawnego pobytu w rodzinnych stronach. Wiele dziewczyn, które pamiętam jako “ładne” wyglądają teraz jak “kurwimopy”. Co ciekawe spotkałem też dziewczyny, które dawniej raczej nie prezentowały się zbyt dobrze aż tu nagle okazuje się, że potrafią się ubrać z gustem i wyglądają naprawdę dobrze. Brzydkie kaczątka?

Chmielno – moje zadupie

Chmielno jest określane jako bajeczne, cudowne i świecące oparami zajebistości. Jest to wieś, jak każda inna tylko bardziej fajna. Niby dlatego, że są lasy, jeziora, legendy i inne takie tam. Czasami ludziki wyjdą w kolorowych strojach (czyt. kaszubi w końcu przebiorą się i pokażą turystom). Jest bajecznie. Tak przynajmniej myślałem jakiś czas temu.

Teraz zauważam martwicę, a stęchlizna uzupełnia luki w mych nozdrzach. Samo Chmielno jest co najwyżej zadbane. Rozwoju praktycznie nie ma, a promocja miejscowości jest fatalna. Organizowane imprezy są co roku takie same, prowadzone zgodnie z ogólnym porządkiem świata. Jednym zdaniem – plan pięcioletni powtarzany kolejne 20 lat.

Z czego to wynika? Głównie z braku kreatywności u osób odpowiedzialnych za rozwój kultury, oraz promocję gminy (tak, Chmielno jest również gminą). Nie jest to jedyny problem. Bardzo mało osób chce cokolwiek z tym zrobić. Władza jest kółkiem samouwielbienia, które chroni się na wszelkie możliwe sposoby.

Oczywiście próbowano wykonać pewne urozmaicenia (skupię się tylko na samej wsi Chmielno, bo w obrębie gminy nie dzieje się nic ciekawego). Stworzono “park kamienny“, postawiono jakiś pomnik przyjaźni. Zrobiono też inny pomnik – wielki głaz w kamiennej ramce ku chwale “czegoś”. Wszystkie te rzeczy wykonane nerwowo, bez pomysłu, byle jak.

Po moich ostatnich plotkach w szkole dowiedziałem się, że były pomysły na zmiany. Większość, z nieznanych przyczyn, została zniszczona. Podobnie sprawy się mają z pewnymi przedsięwzięciami sportowymi. Niektóre z nich, pomimo osiągnięć, nie są w żaden sposób wspierane. Sporo oskarżeń o taki obrót spraw pada na władze gminy. Aż dziwne, że ciągle są wybierani ci sami ludzie.

Ostatnio zacząłem patrzeć na to miejsce bardzo krytycznie. Do domu rodzinnego przyjeżdżam rzadko. Z tego też powodu jestem ciekaw tego co się dzieje w “mojej” wsi. Niestety nie dzieje się nic. “Zastój” jest jedynym słowem, które najlepiej opisuje sytuację. Żeby nie było, że tylko narzekam – mam swoje pomysły na zmiany. Raczej nic wielkiego, ale coś jednak jest. Jeden z nich zaczynam powolutku ruszać do przodu. Nie mam pojęcia co z tego wyjdzie (o ile wyjdzie), ale myślę, że warto.

W przyszłości zamierzam wrócić na stare śmieci. Nie chcę aby okazało się, że wracam do martwej wsi.

Archeologia socjalna

Pierwsze dni urlopu postanowiłem spędzić u rodziców. Na totalnym “spontatnie” postanowiłem odwiedzić swoje liceum oraz gimnazjum. Spotkałem się z dawnymi nauczycielami. Była nawet okazja aby trochę z nimi pogadać. Jestem bardzo miło zaskoczony tym jak luźno rozmawiało się z nimi. Wprawdzie nadal obowiązywała relacja uczeń-nauczyciel, lecz w pewnej zmodyfikowanej wersji – absolwent-nauczyciel. Dzięki tej transformacji rozmowy były luźniejsze.

Dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy. Co ciekawe wielu z nich przyznało, że aktualne pupile są zdecydowanie mniej dojrzałe, również bardziej irytujące. Moja nauczycielka z polskiego stwierdziła nawet:

Myślałam, że to Wy jesteście moją najgorszą klasą. W porównaniu z tym co teraz mam to Was wspominam mile.

Patrząc na milusińskich można odnieść wrażenie, że liceum jest tym czym było moje gimnazjum. Ludziki coś takie młodziutkie się wydają, takie małe nieporadne pokemonki. Możliwe, że ja również byłem kimś takim, chociaż z moich wspomnień (konfrontowanych z tym co pamiętam) to ludzie raczej nie wydawali się być “dzieciorami”.

Później przyszła pora na gimnazjum. Sprawa z nauczycielami wyglądała podobnie. Luźna towarzyska rozmowa. Coś o czym bym w życiu nie pomyślał opuszczając mury szkoły. Zupełnym przypadkiem okazało się, że akurat w mej szkole jest potrzebny absolwent co by dzieciom (sorry, ale nie potrafię inaczej mówić o ludziach z ostatnich klas gimnazjum. A niby to jest młodzież) opowiedzieć wspaniałą, pełną wartkiej akcji, historię studenta informatyki. Tak więc usiadłem i opowiadałem o tym przez co przeszedłem. Chyba zostałem wysłuchany, natomiast w momencie gdy spytałem się o to czy są pytania zapadła krępująca cisza (na szczęście na sam koniec lekcji ktoś wyrwał się z pytaniami). Gdy się nad tym teraz zastanowię to mam wrażenie, że gadałem do “świętych krów”.

Na jednej lekcji miałem po prostu powiedzieć, że dobrze już na etapie wyboru szkoły ponadgimnazjalnej wiedzieć w jakim kierunku się kształcić. Na drugiej zaś miałem powiedzieć dlaczego warto się uczyć. Tutaj przyznaję, że to była jedna z głupszych sytuacji jakie mi się ostatnio przytrafiły. Przypominało to trochę próbę sprzedaży samochodu jaskiniowcowi.

Niestety szkoła dzieciom nie przekazuje umiejętności myślenia, a jedynie wkuwania. Nawet na siłę próbuje im się wbić do głowy, że uczyć się trzeba. Spytałem się jakiejś dziewczyny dlaczego warto się uczyć. Ona po prostu dała jedną ze standardowych odpowiedzi. Gdy zacząłem drążyć temat nagle okazało się, że zapas standardowych odpowiedzi wyczerpał się i zmusiłem ją do myślenia. To się chyba okazało ponad jej siły, ponieważ cisza była jedyną odpowiedzią.
Dość mocno zaczęło mnie zastanawiać to dlaczego tak jest. Z pytaniem “dlaczego dzieciom wbija się to, że muszą się uczyć” poszedłem do szkolnej pedagog. Jej odpowiedzi były trochę mętne. Niby to “zasługa” tego, że pytałem się o takie rzeczy w klasie, która ma słabe wyniki. Niby to, że nauczyciele nie poświęcają temu zbyt dużo czasu i przedstawiają temat tak jak kolejną lekcję – metodycznie, sucho, nijak. Później do rozmowy wtrąciła się inna babka (wpadła do pokoju w trakcie rozmowy i ją również wciągnęliśmy w pogawędkę). Ona rzuciła nieco odmienne światło na sytuację. Szkoła nie ma czasu na to aby motywować młodych do działania. Od szkoły oczekuje się wyników na testach i to jest jej jedynym celem. Fakt, że w ten sposób na świat “wydaje się” osoby-roboty robiące to co im się karze ma raczej małe znaczenie. Tak właściwie to już na typ etapie ma się do czynienia z wyścigiem szczurów.

Trzecią klasę gimnazjum pamiętam zupełnie inaczej. Jasne, byliśmy dzieciakami, robiliśmy rzeczy godne idioty. Mimo to wiedzieliśmy po co siedzimy w szkole. Wiedzieliśmy, gdzie pójść po gimnazjum. Pamiętam też dawne ósme klasy. Ludzi, którzy już wtedy wydawali się być dorosli. Oni pewnie na nas patrzeli tak jak ja patrzę teraz na młodych – małe dzieci. Możliwe, że moje obawy co do braku dojrzałości są zdecydowanie bezzasadne. Lepiej aby tak było, bo te osoby będą kiedyś pracować na moją emeryturę.

Basen!

Nie potrafię sobie przypomnieć kiedy byłem na basenie. Takim zwykłym, “klasycznym”. Nie takim ze zjeżdżalniami, ludzkimi korkami i masą wodnych bajerów. Ba, nawet mój wypad do aquaparku miał miejsce jakieś 2 lata temu podczas pewnego ważnego dla mnie wydarzenia. W każdym bądź razie wybrałem się na basen (wspominałem, że taki klasyczny, a nie aquapark?).

Już po przekroczeniu progu drzwi poczułem się jak małe dziecko będące po raz pierwszy w zupełnie nowym miejscu. Na szczęście nie jestem jeszcze w pełni uzależniony od Google’a i miałem dość odwagi aby zadawać durne pytania mijanym osobom. W ten sposób jakoś doczłapałem do przebieralni i się przygotowałem na bój miesiąca.

Szybko okazało się, że to była raczej paraolimpiada. Jako styl pływania wybrałem żabkę w betonowych kapciach. Nad wodą unosiłem się chyba dzięki sile woli, a nie mięśni. Przy okazji odkryłem, że mięśnie to coś więcej niż dziwne wybrzuszenia na moim ciele. One nawet działały. Co prawda jedynie przez chwilę, ale skubane i tak były na tyle dobre, że nie dopadł ich żaden skurcz. Tak więc popływałem sobie chwilkę. W sumie niedużo, bo zwyczajnie zdychałem po kilku okrążeniach.

Po tych 30 minutach pływania zyskałem coś co będę dumnie dzierżył przez najbliższe dni – zakwasy. Jest to namacalny dowód, że nawet informatyk posiada jakieś mięśnie.
Będzie trzeba również troszkę częściej chodzić na basen (wspominałem, że taki klasyczny?). Przyda się trochę popracować nad swoją formą, oraz wzmocnić mięśnie. Nawet jeśli odbędzie się to kosztem publicznego upokorzenia.

Miniblog: Śmierć z sensem?

A propo mej arcyciekawej notki o zakrzepłej krwi przypomniał mi się mój pseudofilozoficzny wywód. Czy istnieje coś takiego jak sensowna śmierć? Czy taka śmierć może mieć większe znaczenie, niż życie jednostki? Jeśli tak to czy to oznacza, że w tej sytuacji żyje się tylko po to aby umrzeć z sensem? A co jeśli śmierć będzie bezsensowna? Czy oznacza ona większy sens życia? To zupełnie nie ma sensu, czas się chyba spotkać z dawnym przyjacielem alkoholem.

Zakrzep

Konsystencja mojej krwi w żyłach jest bliższa ropie aniżeli wodzie. Opieszałość w ruchach, ogólnie skostnienie ciała jest jednym z objawów tego zjawiska. Podczas zimy całe moje ciało przechodzi hibernację. Całe z wyjątkiem głowy.

Z jej powodu organizm musi się wybudzać i na oparach letniej kondycji próbuje sobie żyć. Im dłużej tym zasoby są mniejsze, aż dopada mnie stan taki jak dzisiaj (głowa oczywiście uparcie chce pracować na pełnych obrotach) – totalnej niechęci do wszystkiego. Ciężkie stało podniesienie się, a niebotycznym wysiłkiem wydaje się siedzenie w bezruchu. Syzyfowe koło zatoczyło krąg i dopadło mnie w sytuacji, w której chcę coś zrobić, a jednak mi się nie chce.

W najbliższych dniach podejmę kroki w celu zerwania tego marazmu. Jeśli przyjdzie mi z tego powodu umrzeć to bardzo możliwe, że zupełnym przypadkiem otrzymam nagrodę Darwina.