Archeologia socjalna

Pierwsze dni urlopu postanowiłem spędzić u rodziców. Na totalnym “spontatnie” postanowiłem odwiedzić swoje liceum oraz gimnazjum. Spotkałem się z dawnymi nauczycielami. Była nawet okazja aby trochę z nimi pogadać. Jestem bardzo miło zaskoczony tym jak luźno rozmawiało się z nimi. Wprawdzie nadal obowiązywała relacja uczeń-nauczyciel, lecz w pewnej zmodyfikowanej wersji – absolwent-nauczyciel. Dzięki tej transformacji rozmowy były luźniejsze.

Dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy. Co ciekawe wielu z nich przyznało, że aktualne pupile są zdecydowanie mniej dojrzałe, również bardziej irytujące. Moja nauczycielka z polskiego stwierdziła nawet:

Myślałam, że to Wy jesteście moją najgorszą klasą. W porównaniu z tym co teraz mam to Was wspominam mile.

Patrząc na milusińskich można odnieść wrażenie, że liceum jest tym czym było moje gimnazjum. Ludziki coś takie młodziutkie się wydają, takie małe nieporadne pokemonki. Możliwe, że ja również byłem kimś takim, chociaż z moich wspomnień (konfrontowanych z tym co pamiętam) to ludzie raczej nie wydawali się być “dzieciorami”.

Później przyszła pora na gimnazjum. Sprawa z nauczycielami wyglądała podobnie. Luźna towarzyska rozmowa. Coś o czym bym w życiu nie pomyślał opuszczając mury szkoły. Zupełnym przypadkiem okazało się, że akurat w mej szkole jest potrzebny absolwent co by dzieciom (sorry, ale nie potrafię inaczej mówić o ludziach z ostatnich klas gimnazjum. A niby to jest młodzież) opowiedzieć wspaniałą, pełną wartkiej akcji, historię studenta informatyki. Tak więc usiadłem i opowiadałem o tym przez co przeszedłem. Chyba zostałem wysłuchany, natomiast w momencie gdy spytałem się o to czy są pytania zapadła krępująca cisza (na szczęście na sam koniec lekcji ktoś wyrwał się z pytaniami). Gdy się nad tym teraz zastanowię to mam wrażenie, że gadałem do “świętych krów”.

Na jednej lekcji miałem po prostu powiedzieć, że dobrze już na etapie wyboru szkoły ponadgimnazjalnej wiedzieć w jakim kierunku się kształcić. Na drugiej zaś miałem powiedzieć dlaczego warto się uczyć. Tutaj przyznaję, że to była jedna z głupszych sytuacji jakie mi się ostatnio przytrafiły. Przypominało to trochę próbę sprzedaży samochodu jaskiniowcowi.

Niestety szkoła dzieciom nie przekazuje umiejętności myślenia, a jedynie wkuwania. Nawet na siłę próbuje im się wbić do głowy, że uczyć się trzeba. Spytałem się jakiejś dziewczyny dlaczego warto się uczyć. Ona po prostu dała jedną ze standardowych odpowiedzi. Gdy zacząłem drążyć temat nagle okazało się, że zapas standardowych odpowiedzi wyczerpał się i zmusiłem ją do myślenia. To się chyba okazało ponad jej siły, ponieważ cisza była jedyną odpowiedzią.
Dość mocno zaczęło mnie zastanawiać to dlaczego tak jest. Z pytaniem “dlaczego dzieciom wbija się to, że muszą się uczyć” poszedłem do szkolnej pedagog. Jej odpowiedzi były trochę mętne. Niby to “zasługa” tego, że pytałem się o takie rzeczy w klasie, która ma słabe wyniki. Niby to, że nauczyciele nie poświęcają temu zbyt dużo czasu i przedstawiają temat tak jak kolejną lekcję – metodycznie, sucho, nijak. Później do rozmowy wtrąciła się inna babka (wpadła do pokoju w trakcie rozmowy i ją również wciągnęliśmy w pogawędkę). Ona rzuciła nieco odmienne światło na sytuację. Szkoła nie ma czasu na to aby motywować młodych do działania. Od szkoły oczekuje się wyników na testach i to jest jej jedynym celem. Fakt, że w ten sposób na świat “wydaje się” osoby-roboty robiące to co im się karze ma raczej małe znaczenie. Tak właściwie to już na typ etapie ma się do czynienia z wyścigiem szczurów.

Trzecią klasę gimnazjum pamiętam zupełnie inaczej. Jasne, byliśmy dzieciakami, robiliśmy rzeczy godne idioty. Mimo to wiedzieliśmy po co siedzimy w szkole. Wiedzieliśmy, gdzie pójść po gimnazjum. Pamiętam też dawne ósme klasy. Ludzi, którzy już wtedy wydawali się być dorosli. Oni pewnie na nas patrzeli tak jak ja patrzę teraz na młodych – małe dzieci. Możliwe, że moje obawy co do braku dojrzałości są zdecydowanie bezzasadne. Lepiej aby tak było, bo te osoby będą kiedyś pracować na moją emeryturę.