Archive | May, 2011

Myślenie nie pomaga

Zdarzyło mi się raz opisać moją pewną “aktywność” społeczną. Tak samo jak wtedy dzisiaj spotkało mnie coś co sprawiło, że po raz kolejny mam “mind fuck” do końca dnia.

Sytuacja była dość ciekawa. Razem z dziewczyną wracaliśmy na kolejkę. Mijaliśmy dwóch kolesi stojących przy samochodzie. Typowe dresiki, z czego ten drugi próbował otworzyć drzwi. Jako narzędzia używał drutu (lub czegoś podobnego) wkładając go w szczelinę pomiędzy drzwiami, a szybą. Na pierwszy rzut oka widać, że ktoś próbuje się włamać do samochodu.

Oczywiście w najmniej dobrym momencie włączyło mi się myślenie i zamiast zadzwonić na policję podszedłem do kolesi z pytaniem co dobrego wyrabiają. Ich zupełna zlewka mojej propozycji skontaktowania się z policją w pewnym stopniu utwierdziła mnie w przekonaniu, że być może zatrzasnęły im się drzwi i próbują po prostu w jakiś rozpaczliwy sposób je otworzyć.

Jeszcze chwilę drążyłem temat, aż w końcu pewny siebie typek stwierdził, że jeśli za chwilę nie zadzwonię na policję to zwyczajnie mi “napierdoli”, bo ma dość. W tym momencie zwyczajnie zwinąłem ogon. Stwierdziłem, że nie ma sensu dalej z nimi gadać. Co gorsza wmówiłem sobie, że pewnie moja teoria się zgadza i faktycznie im się auto zatrzasnęło. Poszliśmy dalej.

Wielki szacunek należy się mojej kobiecie, która stwierdziła, że sprawy tak nie zostawi. Wprawdzie poszliśmy, ale ona stwierdziła że i tak zadzwoni na numer alarmowy. Co się okazało? Znane nam numery, które wbijano od małego (tj. 997 i 112) zwyczajnie nie działały. Szkoda słów.. W każdym bądź razie zwróciliśmy się do ochrony pobliskiego centrum i zostawiliśmy im “donos” o tym, że prawdopodobnie pod ich sklepem ktoś próbuje się włamać do samochodu.

Sytuacja wywołała moje zażenowanie (względem samego siebie), oraz zwykły wstyd. Z jednej strony wiedziałem, że mam obowiązek reakcji, a z drugiej strony bałem się zwykłego obicia mordy. Co więcej myśl, że być może spotkam kiedyś tych jegomościów i wtedy oberwę nie pocieszyła mnie za bardzo.

Najbardziej żenujące jest to, że zamiast reagować ja próbowałem się dowiedzieć jak najwięcej o zaistniałej sytuacji. Całe szczęście, że nie zrobiłem jeszcze ankiety środowiskowej z opinią przechodniów na temat tego co sądzą o kolesiach próbujących włamać się do samochodu.
Próba przeanalizowania sytuacji sprawiła jedynie, że stałem jak ten kołek naiwnie wierząc, że panowie mi ładnie wytłumaczą co robią. Całe szczęście, że moja kobieta jest bardziej spontaniczna ode mnie i ma sztywniejszy kręgosłup moralny.

Cała sytuacja jest dla mnie poważną nauczką. Na chwilę obecną odczuwam po prostu ogromny wstyd za własną głupotę i naiwność, lecz wyciągnę z tego jakieś wnioski.

Swoją drogą jeszcze jedna rzecz jest interesująca. “Złodzieje” nie ukrywali się specjalnie z tym co robią. Mimo to nikt nie zareagował. Czy to jest możliwe, że społeczna znieczulica jest tak ogromna? Jeśli tak, to w jaki sposób chcemy budować lepszy kraj, jeśli na ulicy nie reagujemy na typowe problemy?

Przy okazji przypomniałem sobie o pewnym paradoksie tkwiącym we mnie. Jestem nauczony aby nie przechodzić obojętnie wobec krzywdy drugiej osoby. Z drugiej strony mam też wpojony mechanizm samozachowawczy (nie nazwę tego instynktem, ponieważ sądzę, że jest to zachowanie nabyte w toku nauczania małego radmena)m który mówi mi aby nie mieszać się w “cudze” sprawy. ponieważ może mi się za to oberwać.

Zdaje się, że właśnie z tego powodu zachowałem się dzisiaj w ten sposób. Chciałem zareagować, zrobiłem to lecz po chwili zabrakło “pary” i zwyciężył strach przed uszkodzeniami mechanicznymi ciała..

Miniblog: (nie)publiczne wideo

Korzystając z chwili nudy wpakowałem swe oczy na YouTube’a. Polecono mi jakieś ustrojstwo na głównej stronie to sobie je obejrzałem, po czym spojrzałem na “propozycje”. Moje wielkie zainteresowanie wzbudził film o kontrowersyjnej nazwie “wypierdalać”. Po wejściu na niego okazało się, że dobrałem się do filmu oznaczonego jako “niepubliczny”.

Nie wiem w jaki sposób YT proponuje filmy, ale najwyraźniej nie do końca szanuje naszą prywatność.
Pomyślałem, że może to kogoś zainteresować, a niedowiarkom pozostawiam mój arcygenialny screencast (dostępny o tutaj).

Koniec świata

Informacja o tym, że dzisiaj jest koniec świata po raz kolejny mnie serdecznie rozbawiła. Czasami to dochodzę do wniosku, że jeszcze większą radość miałbym z tego gdyby faktycznie tak by się stało. Ogólny spisek świata i żydów w końcu doszedłby do skutku.

Dzisiejszy dzień jest nieco inny. Inny dlatego, że nazwano go “dniem sądu”. Inny również dlatego, że podano dokładną godzinę zagłady. Całkiem niedawno minął dzień, w którym Skynet powinien przejąć kontrolę nad bazami wojskowymi i rozpocząć nuklearny atak. Może biedak złapał jakiegoś laga, lub nie zdążył wgrać ostatnich patchy i dopiero teraz zabiera się za zagładę ludzkości?

Druga sprawa – dokładna godzina końca. Ciekaw jestem jak to będzie wyglądało. Co chwila w innej strefie czasowej będzie następować koniec świata? Z tego co się orientuję, to na chwilę obecną Australii już powinno nie być. A może chodzi o jakąś konkretną strefę czasową? Ciekawe, która z nich będzie tą zgubną. Podejrzewam, że będzie któraś ze stref w której znajduje się USA. W końcu to ten kraj lubi decydować o losach świata.

Jest jeszcze trzecia zabawna sprawa dotycząca tej daty. Na Youtube znalazłem całkiem sporo filmów wyjaśniających dlaczego właśnie dzisiaj umrzemy. Najlepszy z nich rozpoczynał się od stwierdzenia, że “tylko bóg zna datę końca świata”. Dla uproszczenia sprawy zakładam, że chodzi o jedynego słusznego boga katolików (albo muzułmanów, niech wygra lepszy). Skoro tylko on zna odpowiedź na to frapujące pytanie to dlaczego my znamy tą datę? Czyżby sam bóg wcielił się w postać kaznodziei aby dla zabawy ludzi postraszyć? Ponoć w Biblii są odpowiedzi. Kolejne tłumaczenia próbują nawiązać do tej ciekawej książki, natomiast jakoś to się kupy nie trzyma.

Jak to zwykle bywa przy okazji tego szczególnego wydarzenia zawsze zastanawiam się nad tym, czy nie zadłużyć się maksymalnie i jechać w świat bawić się do upadłego. Nawet jeśli plan końca świata nie wypali to mogę znaleźć “proroka”, który ogłosił tą datę i oskarżyć go o oszustwo czyż nie?

Pomijając już wszelkie rozterki finansowo-dokumentalne zastanawiam się jeszcze nad jednym. Jak ten koniec świata (o ile w ogóle będzie) będzie wyglądał? Przyjdzie Armageddon, który zmiażdży nas w akompaniamencie niszczonych budynków? Planeta wybuchnie, a może zgładzi nas jakaś obca cywilizacja? A może po prostu nasz film zwyczajnie się urwie i nastąpi pustka?
Moje początkowe teorie dotyczące koncepcji końca świata ograniczały się zawsze do jednego – koniec świata nastąpi wtedy kiedy moje ciało umrze. Teraz to się troszkę zmieniło, ale mimo to jakoś nie potrafię sobie wyobrazić lepszego scenariusza na zakończenie żywota wszystkich istot.

Strefa śmierci muzyki

Idę pośród popiołów. Ogromna przestrzeń jest pusta, krzyczy na mnie swoją ciszą. Próbuję rozgrzebać popioły w nadziei, że coś pod nimi znajdę. Nie udaje mi się. Zbyt dużo ich jest, a ja nie mam odpowiednich narzędzi aby zająć się tym miejscem. Opuszczam je.

Słyszę nagle znajomą melodię. Coś co kojarzy mi się z czymś dawno zapomnianym. Rozglądam się dokoła i widzę jak z popiołów wychodzą znajome dźwięki i melodie. Myślałem, że były martwe. Nie były. Po prostu zagubiły się w mej pamięci. Wśród nich znalazłem wielu przyjaciół. Tych, którzy mnie wspierali, którzy po raz kolejny przypomnieli mi wiele sytuacji, o których zapomniałem wraz z nimi.

Wrócili też ci, których celowo skazałem na zapomnienie. Wykrzyczeli mi prosto w twarz rzeczy, których miałem nadzieję uniknąć wraz z ich wygnaniem. Nie dziwię się. Nie porzuca się przyjaciół. Zrobiłem to tylko dlatego, że znaleźli się w złym miejscu o złym czasie. Sama ich obecność sprawia, że przyjemne kiedyś rzeczy pozostały jedynie chłodnym głazem zatopionym w mroku.

Odkryłem strefę śmierci. Miejsce, w którym lepiej nie grzebać. Samo przypomni o sobie. Nie ma możliwości aby rzeczy obdarzone tak dużym ładunkiem po prostu przestały istnieć. One wrócą do mnie. W swoim czasie, przy odpowiedniej melodii.

Life log: #040520112255

W większości przypadków przeszłość zostawiam za sobą. Zwyczajnie zapominam o tym co było. Dzięki temu łatwiej mi się skupić na tym co jest teraz, oraz co będzie. Niestety okazuje się, że w cieniu myśli bieżących nadal kryje się dziwka wraz ze swoim alfonsem. W czasie wolnym od pracy (czy muszę wspominać, że mowa o “majówce”?) pewne tryby zwolniły dając okazję do wzmożenia aktywności mieszkańców cienia.

Byłem przekonany, że przygoda z dziwką będzie raczej epizodyczna. Wspaniała noc, oraz ewentualny “w ryj” od jej ochroniarza za niewywiązanie się z zapłaty. Okazuje się, że to co kryje się za postaciami sutenera i kochanki to tak naprawdę ktoś zupełnie inny. W moich myślach znalazł sobie miejsce człowiek w żelaznej masce. Ktoś zapomniany, niepozorny. Czekał tylko na odpowiednią chwilę aby zadziałać.

Idealnie wybrał moment na rozpoczęcie swoich działa dywersyjnych. W kilku ruchach zniszczył mój balans wewnętrzny, a myśli zatruł. W głowie zaczęły się rodzić szalenie niebezpieczne myśli, których konsekwencji zaczynam się poważnie bać. Tym razem może się okazać, że podjęte przeze mnie działania będą błędne.

Przeszłość najwyraźniej tak łatwo nie daje za wygraną i nie chce zostawić mnie w spokoju. Wydarzenia z dni poprzednich nie mają zbyt dużego znaczenia w porównaniu do tego co będzie. Z tego też powodu nie powinienem poświęcać tym myślą zbyt dużej uwagi. Szkoda, że teorię tak ciężko wykorzystać w praktyce. Jeszcze dużo brakuje mi do osiągnięcia poziomu mistrzowskiego w tej sztuce.