Archive | June, 2011

Depresja

Powrót z Berlina zakończył się depresją. Nie mówię tutaj o katatonicznym zachwycie nad zaciekami na ścianie, a totalnym załamaniem spowodowanym beznadziejnością miejsca, w którym wylądowaliśmy. W obcym kraju potrafiliśmy w ciągu dwóch minut znaleźć interesujący nas środek transportu. Bez problemów odnajdowaliśmy się w gąszczu wielopiętrowych peronów.

Powrót do Polski (a konkretniej stacji PKP Szczecin Główny) zakończył się depresją. Wysiedliśmy i będąc we własnym kraju nie wiedzieliśmy co ze sobą zrobić. Chcieliśmy kupić bilety na dalszą podróż, ale nie mieliśmy pojęcia gdzie jest kasa. Co więcej nie mogliśmy znaleźć żadnej stosownej informacji. Po 10 minutach krążenia w końcu się udało. Poza tym przywitała nas szarość, zalew reklam i totalny brak możliwości. Najbliższa knajpka była ponad 700m od PKP, a nie mieliśmy dość czasu aby tyle człapać. Nasz obiad “zjedliśmy” w sklepie spożywczym.

Trzy dni w Berlinie i nagły powrót do szarości naszego kraju spowodowały w nas ogromną tęsknotę, oraz zagubienie. Paradoksalnie to w obcym kraju było nam się łatwiej odnaleźć niż w obcym (lecz nadal Polskim) mieście.

Jedno marzenie mniej

Wieść o koncercie System Of A Down w Berlinie była piorunująca. Nie zastanawiałem się długo i zaraz po otwarciu kas kupiłem bilety. Napisane wprawdzie jest “spełniaj marzenia póki żyjesz”. Na wielki dzień czekałem z wielką niecierpliwością. Tak wielką, że gdy już nadchodził zacząłem negować jego istnienie. Nie sądziłem, że dopadnie mnie coś czego chyba nigdy nie miałem okazji przeżyć – spełnienie małego marzenia.

Wielka przygoda rozpoczęła się już w poniedziałek, a właściwie we wtorek. Poniedziałek był jedynie dniem podróży do Berlina. Wtorek był dniem wolnym (koncert był w środę) także nie omieszkaliśmy pozwiedzać tego i owego w stolicy dawnego nieprzyjaciela. Typowo turystycznym zapędem zaczęliśmy oglądać wszystko co wydawało się ciekawe. Chwilę później już byliśmy w jakimś muzeum, a jeszcze później na jakiejś ogromnej wieży.

Zachwycająca jest możliwość przechadzania się przez miasto z piwem w ręce. Piwny spacer urządziliśmy sobie późnym popołudniem, a zakończyliśmy dopiero późno w nocy. Nocne życie miasta jest równie fascynujące jak to za dnia. Ogromnie pozytywnym wrażeniem odbiła się wizyta w ruderze “należącej” do “Tacheles”. Nie jestem pewien czy to miejsce można nazwać “tylko” squatem czy już “centrum sztuki alternatywnej”. W tym miejscu doskonale widać, że nic w naturze nie ginie. Resztki rzeczy użytku codziennego znajdują w tym miejscu drugie życie w formie rzeźb, instalacji, lub prostych dekoracji.

Dzięki intensywności dnia “wolnego” środa nadeszła naprawdę szybko. Kolejne godziny do koncertu mijały niezauważanie, aż w końcu stanęliśmy prawie pod sceną.
Cóż mogę powiedzieć o samym koncercie.. IMHO zespół jest w swojej najlepszej formie od wielu lat. Ostatnie koncerty (te sprzed zakończenia działalności SOAD) nie należały do najlepszych. Zespół stracił wigor i obawiałem się, że z czasem może być gorzej. Na całe szczęście myliłem się.

Przerwa zrobiła dobrze i mieliśmy do czynienia z zespołem pełnym energii, spontanicznym, niosącym ze sobą ogromną moc. Nie tylko fani bawili się dobrze. Członkowie zespołu skakali jak opętani. Tańczyli, żartowali, dokuczali sobie itd. Byli zupełnie wyluzowani i widać, że.. szczęśliwi. Publika musiała ich chyba zaskoczyć. Zdaje się, że do tej pory nie mieli do czynienia z “młynem”. To zjawisko ich zupełnie zaskoczyło (co mnie z lekka zdziwiło).
Nie tylko to ich zaskoczyło. Byli świadkami “crowd sufringu” na trybunach. Okazało się również, że fani mogli z powodzeniem zastąpić wokale. Śpiewali zaskakująco dobrze ;)

Mieliśmy okazję usłyszeć najlepsze kawałki jakie do tej pory SOAD nagrał. Trochę brakowało mi “Spiders”, “X”. Nie obeszło się również bez politycznych komentarzy Serja. Szczerze mówiąc spodziewałem się ich i uważam je za dodatkowy “smaczek” koncertu.

Szkoda, że panowie nie zdecydowali się na bis. Nie mam pojęcia kiedy minęły te dwie godziny i strasznie się zdziwiłem, że koncert dobiegł końca.

Jeśli o mnie chodzi to nie zawaham się jechać na kolejne ich koncerty gdy będą w okolicy. Naprawdę warto. SOAD po raz kolejny potwierdził, że na żywo jest o wiele lepszy. Zespół ma ogromny zapas energii, z tego co widzę w sieci cała trasa koncertowa jest nią wręcz przepełniona. Mamy do czynienia z zespołem, który wrócił do formy po latach i prezentuje to przy każdej okazji.

Nie wiem czy to jest kolejne. Mam wrażenie, że tak naprawdę to jest moje pierwsze marzenie, które uległo spełnieniu. Ponoć marzenia nie są nimi jeśli można je spełnić..

Notka pisana pod wypływem ciągle silnych emocji. To jest jeden z tych momentów, w których nie jestem w stanie okiełznać własnych myśli. Skubane wyrywają się tworząc chaotyczne struktury w postaci powyższej notki.