Archive | August, 2011

Miniblog: Chwila

Przypomniał mi się uśmiech tej szalonej blondynki. Przez tą chwilę ponownie się w niej zakochałem.

Star Wars: The Force Unleashed 2

Po raz kolejny mogłem się wcielić w rolę Starkillera (głupszego imienia nie można mu było nadać?). Tym razem wyruszyłem na epicką podróż aby ratować dupę (w sensie kobietę). Problem tylko jest taki, że chyba-prawie-na-pewno-a-może-jednak-nie Starkiller jest klonem. Ta epicka rozterka sprowadza się do tego, że w wątku fabularnym nasz bohater co chwila zastanawia się czy faktycznie kocha babę, czy to jednak sobie wmówił. A, no i jest jeszcze Vader, który mówi mu, że to tylko urojenia.

Jako, że bohater jest klonem (lub sklerotykiem) po raz kolejny trzeba odkryć część technik Mocy. Odkrywane są one w momencie kiedy są potrzebne. Efekciarstwo używania Mocy wzrosło, ale wielu fajnych technik zabrakło (albo ja miałem za mało palców na dłoni aby wyprowadzić odpowiednie kombo). Tak naprawdę użycie Mocy ograniczyło się tylko do trzech technik (pardon my english) – push, lightning i saber throw. Reszta właściwie nie była za bardzo potrzebna. No, na upartego można powiedzieć, że jeszcze mind trick, który jest “pomocny” w finalnej walce.

Autorzy w swej kreatywności udzielili nam aż trzy mapy. No dobra, były to cztery mapy, ponieważ później niby wracamy na Kamino, ale jest rozszerzone o nowe miejsca. Zabrakło za to walk z Jedi/Sith (może dlatego, że zabiłem ich w pierwszej części gry?). Jako ich namiastkę wrzucono adeptów mieczy i adeptów Mocy. Nie wiem jak ich inaczej nazwać, w każdym bądź razie walki z nimi były nudniejsze niż krojenie kolejnego żołnierza Imperium.

Punktem kulminacyjnym gry są oczywiście walki z bossami. Było ich chyba kilka (dwie, a może cztery?). Oczywiście tak jak w poprzedniej części gry bossa nie można zabić inaczej niż wyprowadzeniem kombo.

Paradoksalnie ostatnia walka z samym Vaderem była najnudniejsza. Vader postanowił, że zaatakuje mnie moimi własnymi klonami. Moje własne klony podobnie jak adepci miecza i Mocy potrafią się posługiwać albo mieczem, albo Mocą. Walka była jakimś kuriozum. Niby miałem posługiwać się mind trickiem aby przekonać klony do walki z Vaderem. Tak więc przekonywałem z zapałem akwizytora hordy moich braci (?), a ci przez chwilę próbowali bić się z Vaderem. Ostatecznie skończyło się na tym, że sam ich wszystkich zabiłem (tak jest naprawdę szybciej) i w końcu mogłem walczyć z samym Vaderem.

Tak, walka z nim była totalnie epicka! Biegałem, krajałem mieczem i strzelałem sobie iskierkami, a Vader stał w miejscu! Ale jak on stał! Czasami tylko od niechcenia machnął mieczem przez co często leżałem na ziemi. Nie był to problem bo przez całą walkę miałem włączony tryb “force rage” przez co i tak w ciągu pięciu minut ubiłem mistrza. Walka z klonami zajęła jakieś 30 minut (zanim zorientowałem się, że lepiej ich zabić), a Vader wytrzymał jedynie 5 minut.

Jedyną fajną rzeczą była końcówka walki gdzie mogłem wybrać czy go zabić, czy oddać rebeliantom (wybór spod znaku dark side i light side). Wybrałem to drugie, po czym nie miałem już ochoty sprawdzać co by się stało gdybym wybrał ciemną stronę mocy.

Podsumowując. Się biega i macha mieczem. Czasami poświeci się mocą, a na końcu rozwali Vadera. Wszystko to w imię ratowania kobiety (Starkiller miał w dupie całą wojnę). Dorzucić do tego trzy (no dobra – cztery) mapy, wielką rozterkę pod tytułem “czy jestem klonem” i mamy hicior za 140zł, który udało mi się przejść w niecałe 12 godzin (gdzie gracz ze mnie żaden).

Hiszpania 2011

Razu pewnego zadzwonił telefon. Zaproponował mi wspólny wypad wakacyjny do Hiszpanii. Początkowo pomyślałem sobie, że nigdy w życiu. Nie było mnie stać na takie ekstrawagancje i w ogóle. Głos (na szczęście) spokojnie wybił mi z głowy moje obawy i kazał się zastanowić. W sumie decyzja zapadła chwilę potem. Nie można było zmarnować takiej okazji także zgodziliśmy się.

Przygotowania do wyjazdu były. Przynajmniej tak mi się wydaje. Ostatecznie to ja byłem tym, który zapomniał kiedy mieliśmy lecieć (to nic, że w kalendarzu zapisane i w mailach zapisane). Na szczęście są osoby, które mają głowę mocniej do karku przytwierdzoną i to dzięki nim nie musiałem się nadto przejmować głupotami. Także jak wspomniałem przygotowania były. Największym problemem okazała się organizacja gotówki. Poza nią to jedynym problemem było to jaki olejek do opalania wybrać.

Od wspomnianego telefonu minął już jakiś czas i nadszedł w końcu dzień urlopu. Z przeświadczeniem, że trzeba być dość szybko na lotnisku pośpiesznie wbiliśmy się w korek.. W końcu udało się jakoś dojechać na lotnisko i dopiąć formalności. Jeszcze tylko chwila i już mieliśmy lecieć.

Wiecie, że samolot to takie wielkie metalowe coś ze skrzydłami? Przynajmniej ja tak to sobie wyobrażałem. Okazało się, że to jest jeszcze większe niż moje wyobrażenia. Na widok czegoś tak wielkiego miałem przez chwilę ochotę paść i oddać cześć żelaznym bogom za taki dar.

Mniejsza o to. Odczekaliśmy co mieliśmy odczekać i w końcu pozwolono nam wejść do środka i zająć miejsca. WizzAir chyba dba o to, aby pasażerowie siedzieli poprawnie. Wystarczyło usiąść w fotelu aby przekonać się, że nie mam żadnego miejsca na nogi. Co więcej nie miałem okazji nawet odrobinę zmienić położenia względem fotelu, ponieważ kolana blokowały się o fotel z przodu.. Niewygody były. Zapomniałem o nich w momencie gdy rosnąca prędkość samolotu wbiła mnie w oparcie. Już po chwili znajdowałem się na ogromnej wysokości. To co zobaczyłem za oknem było niesamowite. Dementuję pogłoski jakoby chodzenie z głową w chmurach jest złe. Właściwie to się dziwię, że nie robimy tego częściej. Naprawdę warto. Choćby dla samych widoków.

Tak więc lecieliśmy, a mnie naszła myśl. Co gdyby ten samolot zacząłby spadać? Szybkie pytanie kontrolne do koleżanki co do tego na jakiej wysokości lecimy. Aha, 11 tys. metrów nad ziemią. Hmm to będzie chwila całkiem niezłego spadania. Tak sobie pomyślałem, że gdyby faktycznie samolot spadał to ja bym się chyba ze szczęścia nie posiadał. Skoro i tak upadek z tej wysokości zakończyłby się fatalnie to cieszyłbym się tą chwilą jaka pozostała. Bez sensu płakać nad tym, że się za chwilę umrze.

Dobra, pomińmy filozofię. Lecieliśmy, aż dolecieliśmy i wylądowaliśmy w Barcelonie. Aby szybko się zaklimatyzować w nowym miejscu szybko rzuciłem soczyste kurwa. Pomogło.
Barcelona była jedynie etapem pośrednim. Odebraliśmy z wypożyczalni samochód (nowiuteńki Citroen DS4!) i ruszyliśmy do miejsca docelowego.

Tak naprawdę to dopiero teraz zaczyna się główna opowieść.

Wiecie, że w Hiszpanii są takie duże sklepy jak u nas? Pewnie wiecie. No to mogę się pochwalić, że również i takie cuda zwiedziliśmy. Niestety frycowe za wyjście z tego miejsca trochę kosztowało, ale w zamian dostaliśmy sporo upominków, dzięki którym mogliśmy się najeść przez kolejny tydzień.

A wiecie, że sporo miasteczek, które zwiedziliśmy wyglądają jak z bajki? Tego pewnie już nie wiecie ;)  Zwiedziliśmy sporo małych miejscowości gdzie po dziś dzień mieszka się w domach budowanych kilka wieków wcześniej. Atmosfera panująca na wąskich uliczkach jest wyjątkowa. Do tego ten wspaniały spokój. Aż się miało wrażenie, że miasto jest uśpione.

Cap de Creus

Są też góry. Takie duże i skaliste. No, góry. Nie za wysokie, a jednak ogromne. Cap de Creus było wymagające. Zarówno dla mnie jako kierowcy, jak i dla mnie jako maniaka skaczącego z aparatem po skałach. Widoki były warte całej tej bieganiny i wypalania na słońcu. Zdecydowanie najlepsze miejsce, jakie miałem okazję obejrzeć podczas całego wyjazdu.

Byliśmy również w Figueres. Mieścinie w której narodził się genialny Salvador Dali. Byliśmy tam tylko w jednym celu – obejrzeniu jego muzeum. Już po paru chwilach można stwierdzić, że ten koleś był naprawdę mocnym wykrętem. Nie jestem jakimś znawcą sztuki, ale swoje 3 grosze na temat twórczości tego pana wtrącę. Tak więc stwierdzam, że to co stworzył Dali jest absolutnie zajebiste! Póki co ten koleś jest jednym z niewielu artystów, którego dzieła w jakiś sposób mi się podobały. Jeśli na jego twórczość nałożyć to kim był to całość nabiera wręcz pewnej chorej umysłowej pikanterii.

Park Gaudiego

Drugim miastem wartym wspomnienia jest Barcelona. Z pewnym smutkiem stwierdzam, że to miejsce podobało nam się najmniej. Ogromne tłumy, hałas, a do tego jakaś taka nijakość. Obejrzeliśmy ogromną Sagrada Familia. Co prawda nie wiem co jest wspaniałego w tym ogromnym miszmaszu, ale najwyraźniej warto stać 4 godziny w kolejce tylko po to aby móc zrobić zdjęcia gołych ścian jakie można obejrzeć wewnątrz budynku.
Jedynym ciekawym miejscem jest park Gaudiego. Ten park to taka duża przestrzeń opakowana różnymi roślinkami i przeróżnymi kolorowymi tworami architektonicznymi. Całkiem to ładne, chociaż również przepełnione ludziami.

Niestety nie dopisała nam pogoda. A może to dobrze, że nie dopisała? Przynajmniej nie wróciliśmy spaleni na wióry. Jedynym problemem było to, że ja jako jedyny praktycznie w ogóle się nie opaliłem. Powiecie, że to wina zbyt mocnego filtra? No cóż, gdyby to była wina filtra to bym oskarżył producenta, że przez niego nie opaliłem się na sexi czekoladkę. Jako jedyny przez większość pobytu nie stosowałem olejków do opalania. Nie nosiłem też żadnego płaszcza czy bluzy. Słońce po prostu się na mnie wypięło i jak na złość postanowiło zjarać wszystkich innych.
Heh. To takie typowo polskie.. Przyjechał cham do Hiszpanii, gdzie podczas pobytu średnia temperatura wynosiła jakieś 27 stopni, a narzeka, że zimno. Gdybym był w kraju to pewnie narzekałbym, że cholernie ciepło jest.

Pals

Bardzo przyjemne okazały się wszelkie miasteczka. Tak jak wspominałem klimacik w nich panujący jest wyjątkowy. Przez chwilę poważnie się zastanawiałem czy uda mi się wykurzyć z domu jakiegoś tubylca i przejąć jego dobytek. Bardzo chciałbym zostać w miejscu, w którym czas zdaje się zwolnił swój bieg. Myślę, że cały urok Hiszpanii skryty jest właśnie w tych malutkich miejscowościach, a nie dużych miastach pełnych turystów.

Mógłbym jeszcze wspomnieć o lokalnej kuchni. O tym jak małże opadały mi do żołądka niczym sushi. Fajnie by było również wspomnieć  o piraceniu na hiszpańskich drogach. Zwłaszcza jak na rondzie pojechałem pod prąd. Tylko po co?  Najważniejsze zostało napisane, a te małe epizody nie wymagają większego rozwinięcia tematu.

Na pewno warto było jechać. Co prawda koszta wyjazdu były spore, ale nie zmieniłbym decyzji gdyby była taka możliwość. Najgorsze jest to, że ten wyjazd zaszczepił pewnego bakcyla i już wiem, że w przyszłym roku również będę chciał gdzieś pojechać. Aż dziwne, że wcześniej nie czułem potrzeby aby właśnie w taki sposób pożytkować dostępne urlopy.

Dzień świra

- weź buraczki
- nie mam na nie ochoty
- weź buraczki, są dobre
- nie, nie mam na nie ochoty
- no weź buraczki, specjalnie dla Ciebie zrobiłam

Czasami chyba wiem jak to jest być Adasiem Miauczyńskim.

Czym jest buddyzm?

czytalem twoja wypowiedz na forum racjonalisty i widze ze fascynujesz sie buddyzmem tybetanskim w wydaniu Lamy Ole
uczestnicze w spotkaniach takiej grupy i to co mnie na poczatku powalilo to skostnialosc
pierwsze moje wrazenie to inny Kosciol

Struktura Buddyzmu opiera się na klasztorach, czyli aby zostać buddystą w tradycyjnym znaczeniu tego słowa, trzeba wstąpić do klasztoru, jako uczeń, lub nowicjant.

Od studentów/nowicjantów oczekuje się absolutnego posłuszeństwa i ślepej wiary w doskonałość i mądrość nauczyciela i całkowitej, bezwarunkowej wierności dla instytucji.

wadżrajana w wydaniu Karma Kagyu opiera się na uzależnieniu od 1) wykonywania tych praktyk, 2) nieustającego utrzymywania kontaktu z TĄ “sangą”, 3) chodzenia lub jeżdżenia na tzw. “kursy medytacyjne” , niejednokrotnie kosztowne. Z takich to aktywności uczniowie Ole Nydhala czerpią dumne przeświadczenie o swojej jogiczności i wolności. No chyba, że chca być naprawdę dumni i niezależni i nie cytować jak papugi swojego wyzwolonego i szaleńczo zapracowanego, żeby nie powiedzieć UŻYWANEGO mistrza. I wtedy muszą się z uwagą pochylić nad tymi różnymi zaleceniami, czyli powrócić do różnych (przepraszam za nieracjonalizm) , przykazań. Ale w życiu się do tego nie przyznają, tylko coraz intensywniej misjonują, bo są UŻYWANI.
Dlatego radzę uważać z kARMA kAGYU.

Czasami się zastanawiam skąd ludzie czerpią takie informacje. Aż się prosi o to aby zareagować w takich dyskusjach. Zapewne skończyło by to się pięknym shitstormem.

“Opinie” o buddyzmie są bezczelną kalką komentarzy z portalu racjonalista.pl.