Hiszpania 2011

Razu pewnego zadzwonił telefon. Zaproponował mi wspólny wypad wakacyjny do Hiszpanii. Początkowo pomyślałem sobie, że nigdy w życiu. Nie było mnie stać na takie ekstrawagancje i w ogóle. Głos (na szczęście) spokojnie wybił mi z głowy moje obawy i kazał się zastanowić. W sumie decyzja zapadła chwilę potem. Nie można było zmarnować takiej okazji także zgodziliśmy się.

Przygotowania do wyjazdu były. Przynajmniej tak mi się wydaje. Ostatecznie to ja byłem tym, który zapomniał kiedy mieliśmy lecieć (to nic, że w kalendarzu zapisane i w mailach zapisane). Na szczęście są osoby, które mają głowę mocniej do karku przytwierdzoną i to dzięki nim nie musiałem się nadto przejmować głupotami. Także jak wspomniałem przygotowania były. Największym problemem okazała się organizacja gotówki. Poza nią to jedynym problemem było to jaki olejek do opalania wybrać.

Od wspomnianego telefonu minął już jakiś czas i nadszedł w końcu dzień urlopu. Z przeświadczeniem, że trzeba być dość szybko na lotnisku pośpiesznie wbiliśmy się w korek.. W końcu udało się jakoś dojechać na lotnisko i dopiąć formalności. Jeszcze tylko chwila i już mieliśmy lecieć.

Wiecie, że samolot to takie wielkie metalowe coś ze skrzydłami? Przynajmniej ja tak to sobie wyobrażałem. Okazało się, że to jest jeszcze większe niż moje wyobrażenia. Na widok czegoś tak wielkiego miałem przez chwilę ochotę paść i oddać cześć żelaznym bogom za taki dar.

Mniejsza o to. Odczekaliśmy co mieliśmy odczekać i w końcu pozwolono nam wejść do środka i zająć miejsca. WizzAir chyba dba o to, aby pasażerowie siedzieli poprawnie. Wystarczyło usiąść w fotelu aby przekonać się, że nie mam żadnego miejsca na nogi. Co więcej nie miałem okazji nawet odrobinę zmienić położenia względem fotelu, ponieważ kolana blokowały się o fotel z przodu.. Niewygody były. Zapomniałem o nich w momencie gdy rosnąca prędkość samolotu wbiła mnie w oparcie. Już po chwili znajdowałem się na ogromnej wysokości. To co zobaczyłem za oknem było niesamowite. Dementuję pogłoski jakoby chodzenie z głową w chmurach jest złe. Właściwie to się dziwię, że nie robimy tego częściej. Naprawdę warto. Choćby dla samych widoków.

Tak więc lecieliśmy, a mnie naszła myśl. Co gdyby ten samolot zacząłby spadać? Szybkie pytanie kontrolne do koleżanki co do tego na jakiej wysokości lecimy. Aha, 11 tys. metrów nad ziemią. Hmm to będzie chwila całkiem niezłego spadania. Tak sobie pomyślałem, że gdyby faktycznie samolot spadał to ja bym się chyba ze szczęścia nie posiadał. Skoro i tak upadek z tej wysokości zakończyłby się fatalnie to cieszyłbym się tą chwilą jaka pozostała. Bez sensu płakać nad tym, że się za chwilę umrze.

Dobra, pomińmy filozofię. Lecieliśmy, aż dolecieliśmy i wylądowaliśmy w Barcelonie. Aby szybko się zaklimatyzować w nowym miejscu szybko rzuciłem soczyste kurwa. Pomogło.
Barcelona była jedynie etapem pośrednim. Odebraliśmy z wypożyczalni samochód (nowiuteńki Citroen DS4!) i ruszyliśmy do miejsca docelowego.

Tak naprawdę to dopiero teraz zaczyna się główna opowieść.

Wiecie, że w Hiszpanii są takie duże sklepy jak u nas? Pewnie wiecie. No to mogę się pochwalić, że również i takie cuda zwiedziliśmy. Niestety frycowe za wyjście z tego miejsca trochę kosztowało, ale w zamian dostaliśmy sporo upominków, dzięki którym mogliśmy się najeść przez kolejny tydzień.

A wiecie, że sporo miasteczek, które zwiedziliśmy wyglądają jak z bajki? Tego pewnie już nie wiecie ;)  Zwiedziliśmy sporo małych miejscowości gdzie po dziś dzień mieszka się w domach budowanych kilka wieków wcześniej. Atmosfera panująca na wąskich uliczkach jest wyjątkowa. Do tego ten wspaniały spokój. Aż się miało wrażenie, że miasto jest uśpione.

Cap de Creus

Są też góry. Takie duże i skaliste. No, góry. Nie za wysokie, a jednak ogromne. Cap de Creus było wymagające. Zarówno dla mnie jako kierowcy, jak i dla mnie jako maniaka skaczącego z aparatem po skałach. Widoki były warte całej tej bieganiny i wypalania na słońcu. Zdecydowanie najlepsze miejsce, jakie miałem okazję obejrzeć podczas całego wyjazdu.

Byliśmy również w Figueres. Mieścinie w której narodził się genialny Salvador Dali. Byliśmy tam tylko w jednym celu – obejrzeniu jego muzeum. Już po paru chwilach można stwierdzić, że ten koleś był naprawdę mocnym wykrętem. Nie jestem jakimś znawcą sztuki, ale swoje 3 grosze na temat twórczości tego pana wtrącę. Tak więc stwierdzam, że to co stworzył Dali jest absolutnie zajebiste! Póki co ten koleś jest jednym z niewielu artystów, którego dzieła w jakiś sposób mi się podobały. Jeśli na jego twórczość nałożyć to kim był to całość nabiera wręcz pewnej chorej umysłowej pikanterii.

Park Gaudiego

Drugim miastem wartym wspomnienia jest Barcelona. Z pewnym smutkiem stwierdzam, że to miejsce podobało nam się najmniej. Ogromne tłumy, hałas, a do tego jakaś taka nijakość. Obejrzeliśmy ogromną Sagrada Familia. Co prawda nie wiem co jest wspaniałego w tym ogromnym miszmaszu, ale najwyraźniej warto stać 4 godziny w kolejce tylko po to aby móc zrobić zdjęcia gołych ścian jakie można obejrzeć wewnątrz budynku.
Jedynym ciekawym miejscem jest park Gaudiego. Ten park to taka duża przestrzeń opakowana różnymi roślinkami i przeróżnymi kolorowymi tworami architektonicznymi. Całkiem to ładne, chociaż również przepełnione ludziami.

Niestety nie dopisała nam pogoda. A może to dobrze, że nie dopisała? Przynajmniej nie wróciliśmy spaleni na wióry. Jedynym problemem było to, że ja jako jedyny praktycznie w ogóle się nie opaliłem. Powiecie, że to wina zbyt mocnego filtra? No cóż, gdyby to była wina filtra to bym oskarżył producenta, że przez niego nie opaliłem się na sexi czekoladkę. Jako jedyny przez większość pobytu nie stosowałem olejków do opalania. Nie nosiłem też żadnego płaszcza czy bluzy. Słońce po prostu się na mnie wypięło i jak na złość postanowiło zjarać wszystkich innych.
Heh. To takie typowo polskie.. Przyjechał cham do Hiszpanii, gdzie podczas pobytu średnia temperatura wynosiła jakieś 27 stopni, a narzeka, że zimno. Gdybym był w kraju to pewnie narzekałbym, że cholernie ciepło jest.

Pals

Bardzo przyjemne okazały się wszelkie miasteczka. Tak jak wspominałem klimacik w nich panujący jest wyjątkowy. Przez chwilę poważnie się zastanawiałem czy uda mi się wykurzyć z domu jakiegoś tubylca i przejąć jego dobytek. Bardzo chciałbym zostać w miejscu, w którym czas zdaje się zwolnił swój bieg. Myślę, że cały urok Hiszpanii skryty jest właśnie w tych malutkich miejscowościach, a nie dużych miastach pełnych turystów.

Mógłbym jeszcze wspomnieć o lokalnej kuchni. O tym jak małże opadały mi do żołądka niczym sushi. Fajnie by było również wspomnieć  o piraceniu na hiszpańskich drogach. Zwłaszcza jak na rondzie pojechałem pod prąd. Tylko po co?  Najważniejsze zostało napisane, a te małe epizody nie wymagają większego rozwinięcia tematu.

Na pewno warto było jechać. Co prawda koszta wyjazdu były spore, ale nie zmieniłbym decyzji gdyby była taka możliwość. Najgorsze jest to, że ten wyjazd zaszczepił pewnego bakcyla i już wiem, że w przyszłym roku również będę chciał gdzieś pojechać. Aż dziwne, że wcześniej nie czułem potrzeby aby właśnie w taki sposób pożytkować dostępne urlopy.