Bezdomny = publiczny

Prywatność to takie coś co pozwala mi oglądać Teletubisie w zakamarkach własnego mieszkania bez przyznawania się do tego innym. Oznacza (prywatność – dop. autora [zawsze chciałem tak napisać]) również, że mogę po kryjomu znęcać się nad misiami i innym nic do tego jeśli robię to po cichu. Można powiedzieć, że jestem zdecydowanym zwolennikiem prywatności.

Niejako z tego powodu dość boleśnie rozbiła się o czaszkę myśl, która wpadła podczas pewnego zdarzenia na ulicy. W zdarzeniu brali udział bezdomni, którzy mają w Sopocie swoje miejsce. Miejsce to jest raczej wszystkim znane, bo całe tłumy mijają je wychodząc z tunelu idącego pod Aleją Grunwaldzką (jest to tak znane miejsce, że nie będę nawet dokładnie na nie wskazywać). Mamy miejsce, oraz “aktorów”. Zdarzenie dotyczy niejasnej kłótni, w której kobieta wiesza się na ręce mężczyzny i płacząc prosi go o to aby się jeszcze zastanowił nad czymś co prawdopodobnie doprowadziło ją do tego płaczu.

Banalne? A  teraz wyobraź sobie, że każdy swój problem musisz rozwiązać publicznie. Nie masz gdzie się schować, jesteś niczym publiczna dziwka od osobistych tragedii. Każdy może przyglądać się Twojemu dramatowi, może go komentować. Byle przechodzień poświęci parę minut swej uwagi, a później niczym widz odejdzie i jeszcze zacznie komentować, że nie masz wstydu, skoro takie sceny odwalasz.

Przerażająca jest myśl, o tym, że mógłbym stracić własną prywatność.