Jelonek

(fot. kochanfoto.pl)

W Polsce znalazł się artysta (a konkretnie skrzypek), który sprzedał duszę diabłu. Ów artysta postanowił nagrać album w klimatach około-rockowo-punkowo-klasycznych. Wyszło takie coś, co jakoś nie powalało.

Zaczęło powalać podczas koncertów. Okazuje się, że Jelonek to nie tylko muzyka. To małe przedstawienie, którego wodzirejem jest facet z ogniem w oczach. Jelonek potrafi nawiązać niesamowity kontakt z publicznością, co więcej potrafi sprawić aby każdy koncert był konkretnym napierdalaniem. Tak, napierdalaniem. Pogo to już troszkę za mało. Jelonek chętnie rozkręca ściany śmierci, lub młyny (czyli rzeczy, które dawniej wzbudzały me oburzenie). Tu jednak przekonałem się, że pomimo agresywności owych układów ludzie potrafią o siebie zadbać.

Jelonek (wraz z całą jego niesamowitą świtą) jest dla mnie fenomenem. Mowa tutaj o muzyku, który wydał przeciętny album, a dopiero na koncertach widać cały jego potencjał. Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że jest to artysta, którego koncerty są zdecydowanie lepsze niż studyjne nagrania.

Na tą ocenę wpływa wiele rzeczy. Niesamowita charyzma samego Jelonka, oraz jego zespół sprawiają, że każdy zagrany utwór jest czymś więcej niż tylko nagraniem. Mamy do czynienia z najbardziej porąbaną podróżą muzyczną, wymieszaną błyszczącym mrokiem, wesołymi pomrukami, oraz co najważniejsze – dawką porządnego pałera.

Co tu więcej pisać – czekam na kolejny koncert, z którego pewnie wrócę cały w siniakach.