Archive | December, 2011

Myśl nieokiełznana: syreny

W święta udało mi się obejrzeć najnowszą część Piratów z Karaibów. W tej części udało się ulokować takie cudowne stworzonka, z którymi nie wiadomo co robić (ni to zjeść, ni to wykorzystać). Mowa o syrenach.

W filmie zostały przedstawione jako piękności z rybim ogonem zamiast nóg (przecież tak wygląda syrena, nie?). Ciekawe było natomiast to, że gdy taka syrena dotykała ziemi od razu traciła ogon. Właściwie to ten ogon się rozpuszczał odsłaniając zgrabne nogi. Po ponownym kontakcie z wodą ogon wracał, umożliwiając stworzeniu zgrabne popierdzielanie w wodzie.

No i mnie naszła taka rozkmina. Co się wydarzy, jeśli syrenka chodząca po ziemi (czyli w teorii nie powinna mieć płetwy) nagle się podnieci i zrobi jej się mokro między nogami?

Przepis na utrzymanie popularności zespołu

Od wielu lat czytuję komentarze pod materiałami wideo. Można powiedzieć, że robię to prawie profesjonalnie (wraz z całą otoczką rytuału przystąpienia do czytania komentarzy).
Przez te wszystkie lata czytania tych komentarzy wytworzyła mi się jedna rada dla zespołów: nigdy, przenigdy nie zmieniajcie wokalistów.

Nigdy.

Nawet jeśli nowotwór zniszczy mu krtań.
Nawet jeśli alkohol sprawi, że struny głosowe nie wrócą do dawnej kondycji.
Nawet jeśli umrze (pozostaje wybór – grać bez wokalu, lub wskrzesić).

Nie wolno zmieniać wokalistów. Jeśli tak się zrobi to traci się starą gwardię fanów, a nowych już nie będzie za wielu, bo się naczytają że dawniej było lepiej.

Pimp da lajf

Pamiętam, że 7 lat temu byłem zachwycony programem o nazwie “Pimp my ride“. Wszystkie te ekrany telewizorów, konsole, pralki, głośniki i inne badziewia wydawały się być naprawdę fajne. Po każdym odcinku marzyłem o tym aby mieć w zagłówku ekran LCD, a w bagażniku ukrytą konsolę. Marzyłem o tym, żeby wrzucać pranie do samochodu, a wieczorami rozpalać kominek w bagażniku. Pragnąłem również posiadać tą zajebistą kanapę, na której mógłbym sobie leżeć w czasie jazdy samochodem.

Wtedy było to bardzo fajne. Fajne, ale również bezużyteczne. Przerobione samochody często nie posiadały bagażnika, a ekrany w zagłówkach były przeznaczone dla kierowców jadących z tyłu. Wszelkie bajery były tak naprawdę zbędne.

Jednak z punktu widzenia programu sprawa była prosta. Przerobiony samochód ma się świecić, powalać ekstrawagancją i być unikalnym rozwiązaniem. Monitory i konsole były ważne aby pokazać przepych, wszelkie dodatki niestandardowe (wanna, kominek, etc) były po to aby pokazać, że da się zrobić. Wszelkie dodatkowe prezenty były przejawem tego, że raper też człowiek i serce (i gotówkę) posiada.

Tak jak wspomniałem problem tylko w tym, że to wszystko jest tylko pozorne. Siedem lat temu myślałem, że te wszystkie rzeczy były naprawdę potrzebne. Teraz wiem, że to był tylko bajer, który nie przynosił żadnego pożytku.

Paradoksalnie dochodzę do wniosku, że teraz jest podobnie. Sztucznie kreuje się nasze potrzeby. Sami chwalimy się tonami bezużytecznych (w codziennych sytuacjach) gadżetów, jednak cieszymy się z ich posiadania. Mamy błyskotki, które przestają świecić po pierwszym użyciu, ale ważne, że chociaż raz się zaświeciły.

Nawet mój pieprzony smartfon jest zbiorem tylu pożytecznych rzeczy, a ma problemy z tą najważniejszą – możliwością przeprowadzenia rozmowy głosowej. Tylko czy to ważne? Rozmawianie przez telefon jest tylko dodatkiem. Przecież poza tym potrafi nagrywać filmy w HD, robić za nawigację, sterować lodówką, moim portfelem, oraz powiadamiać znajomych o tym gdzie jestem. Przecież to się teraz liczy co nie?

Czy przez ostatnie lata zatraciliśmy pragmatyzm? Konsumencka chęć posiadania przerosła zdrowy rozsądek? Po co inwestować w rzeczy zbędne, które poza wspaniałym wrażeniem nie służą niczemu konkretnemu? Czy warto inwestować nasze pieniądze w powiększanie wirtualnego ego?

Myśl dnia

W kwadratowym kubku, kwadratowy wir.

Dowiodłem tego. Empirycznie.

Paralaksa

Tylko człowiek szczęśliwy jest nieprzewidywalny.

Zima (ta kalendarzowa) się zbliża. Wraz z nią nadciąga chmara przeraźliwych chorób. Kilka lat temu była to grypa, później zwierzęca odmiana grypy, teraz ponoć zabijać będzie odra. Jestem pod wrażeniem tego, że choroby jeszcze nie ma, a już są prognozy jej nagłego ataku.

Jest też koniec świata. Ponoć został potwierdzony – w jakiś ruinach świątyni indian Nawaho znaleziono tabliczkę z napisem “Majowie mają rację, w 2012 będzie koniec świata“. Co prawda to jest kolejny koniec świata, ale ten jest najbardziej realny i prawdziwy. Właściwie możemy go być pewni. Po jego końcu nadal będzie trzeba rozwiązać sprawę kryzysu światowego.

No i mój ulubieniec – kryzys. Kryzys był, teraz chyba nadal jest. Co prawda nie wiem o co chodzi, ale dochodzą do mnie głosy z mediów, że jest kryzys. UE ma się rozpaść, lub pozostać, ale tak czy siak będzie źle. Jak będzie to źle, bo będziemy musieli opłacać innych. Jak nie będzie to nie będziemy mieli tej zacnej możliwości przez co inni się na nas wypną (srsly?).

Tak naprawdę nie wiem już czego mam się bać? Choroby, końca świata, czy jednak podatków? W tej globalnej wiosce coraz szerzej sieje się chorobę paniki przed nieznanym. To nie jest przypadek. Ktoś chce abyś był nieszczęśliwy. Ktoś chce abyś był przewidywalny. Ktoś chce Tobą sterować.

Wierzysz w teorie, że to dla Twojego dobra jest? Pamiętasz szczepionki na A1HNcośtam? Podziałały? Myślisz, że opuszczenie UE będzie tak straszne, że lepiej jest tracić pieniądze na ratowanie bytów skazanych na porażkę? Naprawdę sądzisz, że warto się załamywać z powodu tego co jest nieuniknione?

Przepraszam, ja naprawdę nie wiem czego i czy w ogóle powinienem się bać. Może sparafrazuję pewnego rolnika i zadam pytanie: panie premierze, czego powinienem się bać?

Miniblog: Subiektywny paradoks czasu

Gdy jestem przekonany, że się spóźnię udaje mi się przyjść prawie na czas. Gdy jestem pewien, że zdążę często przychodzę spóźniony.