Archive | February, 2012

Przeszłość

To kim jestem, kim byłem i będę jest pewnym procesem. Procesem, który uwzględnia wszystko co się wydarza wokół mnie, choć w żaden sposób nie jest zdefiniowany. Zaryzykuję i stwierdzę, że ten proces w uproszczeniu opisuje pewna funkcja f(x), która wyraża “jakość” życia względem czasu. Na wykresie tej funkcji są zaznaczone wszystkie wzloty i upadki. Wszystkie ekstrema lokalne (czyli “górki” wzlotów i “dołki” upadków) są pewnymi punktami kulminacyjnymi (nazwę je kamieniami milowymi).

Pamiętam kamienie milowe. Nie pamiętam linii łączących kolejne punkty. Czy to znaczy, że były one bez znaczenia? Jednak to one doprowadziły do kolejnej zmiany w moim życiu. Czy w tym wszystkim chodzi o to aby odbijać się od kolejnych punktów, lecz zapominać drogę jaka do nich prowadziła? Czy zapamiętane punkty kulminacyjne wystarczą do tego aby decyzje podejmowane “na linii” były uważniejsze?

Dzień walenia w serce

Dzień świętego Walentego jest jednym z tych świąt, których idea jest dla mnie niezrozumiała. Nagle trzeba drugiej połowie pokazać więcej względów, bo to święto zakochanych. Oczywiście wszędzie czerwono, serduch cała masa. Aż dziwne, że ludzie po krzakach się nie ruchają z tej miłości.

To jest również dzień idealny dla desperatów. W końcu tylko dzisiaj Cherubinek może śmiertelnie postrzelić (oczywiście w sensie stricte romantycznym) dawnego partnera, tak aby skłonić go do powrotu. A jeśli nie anioł, to na pewno jakiś romantyczny gest wystarczy. Matematyka jest po stronie desperata – romantyczny gest + święto zakochanych = miłość*.

Byłem dzisiaj świadkiem podobnej akcji. I pomyśleć, że kiedyś zdarzyła mi się podobna sytuacja.

* desperat zapomniał o jednym: miłość = prawdziwa miłość – kłótnie – nieporozumienia – wyobrażenia – oczekiwania – …

Odi et amo

Łacińskie nienawidzę i kocham od dawna wydawało się sentencją zupełnie bezsensowną. Logiki w niej tyle co rosołu w łyżce barszczu. Dopiero niedawno zrozumiałem, że w tej sentencji drzemie pewna mądrość.

Prosty przykład – zima. Nienawidzę jej. Serio. Jest zimno, moje chude ciało jest mało odporne na chłód, a w dodatku niewiele pań chodzi z odkrytym dekoltem. No i te problemy z dotarciem na miejsce na czas. No i jeszcze odśnieżanie, rozładowany akumulator i ryzyko bycia “wymytym”. Nie lubię zimy. Nienawidzę.

Jednak, jest coś co w niej kocham. Kocham chodzenie po zamarzniętym jeziorze. Uwielbiam śnieg trzeszczący pod nogami. Lubię ten chłód, który przenika wszystko, a jednak nie sprawia, że jest zimno (pardon za  moją ignorancję, ale to chyba ma jakiś związek z wilgotnością powietrza).

Prawdziwie odi et amo. Sentencja, która pokazuje, że ludzie są nielogiczni. Haczyk polega na rozumieniu. Jeśli mam to zdanie odbierać dosłownie to naprawdę nie dojdę do żadnych sensownych wniosków. Jednak zrozumiałem, że tu nie chodzi o dokładne rozumienie. W tym wypadku kochać to suma wszystkich pozytywnych cech, które wiążemy z daną osobą/zjawiskiem/rzeczą. Nienawidzić to po prostu suma negatywów. Jeśli jedna z tych cech zdecydowanie ma przewagę ustalenie własnych uczuć jest proste.

Gorzej jeżeli sumy pozytywów i negatywów są sobie mniej więcej równe. Właśnie wtedy dochodzi do sprzeczności. Nienawidzimy za wszystkie złe rzeczy, kochamy za dobre. Ponieważ nie umiemy określić czego jest więcej oba uczucia się mieszają. Ponieważ to są naprawdę mocne uczucia gubimy się w nich i odczuwamy oba jednocześnie.

Dopiero czas i doświadczenie z nim płynące pozwoliły mi zrozumieć tą banalną prawdę. Ludzie jednak są interesujący.

#debataACTA

Tak jak internet bogaty, tak kolorowo było na dzisiejszej debacie. Ludzi było sporo, a większość z nich wyglądała tak jakby była z łapanki. Do rzeczowej dyskusji przychodzili ludzie w dresikach, sweterkach i cardiganach z dekoltem (szkoda, że to kobiety ich nie nosiły). Przychodzili dojebać, podyskutować, manifestować (ruch Oburzonych, wtf?), lub zwyczajnie fantazjować (niczego innego nie spodziewałem się po pierwszym trollu polskiej sieci).

Zapomnieli tylko o tym, że mieli reprezentować coś więcej niż swoje interesy. Zapomnieli, że aparycja menela* (bo jak inaczej można nazwać spotkanie z premierem w dresie?) nie pomoże w poważnym przyjmowaniu argumentów. Zapomnieli o tym, że z ich strony powinna iść jakaś wspólna myśl.

Nie udało się. Każdy czepiał się czegoś innego (jedni ZAiKSu, inni GMO, ktoś jeszcze problemów ISP itd). Każdy chciał powiedzieć jak fajnie jest korzystać z internetu, lub jak bardzo myli się premier. A ten cierpliwie ich słuchał, po czym łoił niczym niesfornego bachora.

Fajnie, że wykorzystano Twittera/IRCa/FB. Szkoda tylko, że to było publicznie emitowane w telewizji. To była popisówka, a nie poważna debata. Takie coś powinno się odbyć w zamkniętym gronie, a nie przy grupie pospiesznie zebranych ludzi. Ta dyskusja powinna być rzeczowa, a nie walką słowną i medialną zagrywką.

Po czterech godzinach przysłuchiwania się tej debacie odniosłem wrażenie, że skutecznie wkurzono premiera, a ten po raz kolejny wydawał się być lepiej przygotowany niż zebrani goście. Nie znaczy to, że miał rację we wszystkim co mówił. Właściwie ta debata nie była potrzebna – premier postawił sprawę jasno – nie wycofa się z podpisanej gotowości do ACTA. Jedyne co można zrobić to zadbać o to czy w przyszłości ten dokument zostanie podpisany czy nie (AFAIR to właśnie taką sytuację premier dopuszcza). Niestety było tak jak ostatnio.

A może jednak coś ta debata zmieniła? Może coś ruszyło i jest szansa, którą trzeba wykorzystać? Pytanie tylko, czy po stronie “internetowej opozycji” uda się zebrać merytorycznie mocną grupę osób, która mogłaby reprezentować nasz wspólny interes? Nie wyobrażam sobie aby ta sama zbieranina (co miała okazję uczestniczyć w debacie) miała w późniejszym czasie brać udział w konsultacjach..

Myślę, że dzisiejsze wydarzenie mógłbym wyrazić w paru prostych zdaniach. Niestety nie byłyby one za bardzo cenzuralne. Z mojego punktu widzenia oberwałoby się wszystkim.

* żeby nie było – na szczęście byli też tacy co wiedzieli jak się ubrać. O dziwo byli o wiele bardziej konkretni w swoich wypowiedziach. A może to był po prostu efekt jaki spowodował ich wizerunek?

Facebook self ban

Czy bez Fejsa można w ogóle żyć? Przecież zajmuje on większość mojego czasu.. No właśnie, w tym jest problem. Głupia aplikacja, która miała ułatwić kontakt z przyjaciółmi pożera mi większość czasu, który mógłbym poświęcić im samym.. Do tego dochodzi ta durna choroba sprawdzania, czy nie ma czegoś nowego. Efekt? Gapienie się na Walla, durne lajkowanie statusów i jeszcze większy no-life..

Decyzja porzucenia FB nie była wcale taka łatwa. Ostatnim argumentem, dla którego ciągle korzystałem z konta była.. synchronizacja zdjęć kontaktów na telefonie.

Jednak powodów do zostawienia tego portalu było więcej:

  • strata czasu – najważniejszy powód
  • zidiocenie – nie tylko moje
  • za duże ułatwienie – preferuję kontakt osobisty niż wirtualny (zwłaszcza z przyjaciółmi)
  • pogoń za niepotrzebnymi informacjami – ciekawe czy jest coś nowego… (2 minuty później) hmm może teraz coś ciekawego się pojawiło..
  • prywatność – wcale nie mam na myśli obaw przed tym co zrobi korpo FB; za dużo prywatnych rzeczy przewija się przez ten portal; wystarczy że ktoś zdobędzie dostęp do konta i zaczną się problemy

Póki co jestem na poważnym odwyku. Konto zostało zdezaktywowane, co oznacza, że pozostawiam sobie furtkę na powrót. Robię tak dlatego, że w przyszłości może mi się ono jeszcze przydać (do celów zawodowych, lub, o zgrozo, “socjalnych”). No i będę musiał raz na jakiś czas odświeżyć sobie mordki w kontaktach.

Z czasozjadaczy pozostawiam sobie soup.io, G+ (choć tam naprawdę rzadko zaglądam) i okazjonalnie JoeMonster.

Czas na odwyk.

Dla osób, które boją się, że mnie utraciły – są inne formy kontaktu:

  • e-mail – taka technologia sprzed lat. Uparcie nie chce umrzeć, a jest mniej wkurzająca niż migająca ściana
  • gg/jid
  • telefon

Pamiętajcie – to, że ktoś nie ma konta na FB nie oznacza, że umarł ;)