Archive | August, 2012

Miniblog: zapalenie spojówki

Teściu znajomego coś tam se robił i wpadły mu do oka opiłki żelaza. Dostał zapalenia spojówek. Wspomniany znajomy miał kontakt fizyczny (doprawdy ciężka to rzecz) z teściem i również zaraził się tą chorobą.

I teraz clou wpisu: jakim cudem opiłki żelaza przeskoczyły do oka znajomego?

Jarocin

Legendarny Jarocin w końcu urósł rangą na tyle abym mógł go zaszczycić moją obecnością. W końcu mogłem poznać kultowe miejsce, w którym walczono z systemem. Miejsce, które udowadnia, że punk wcale nie umarł.

Punki jako stworzenia zasługują na cały paragraf. Właściwie to wiedziałem kim, ideologicznie, są. Tutaj miałem okazję poczynić pewne obserwacje natury.. ogólnej. Pierwsze co mogę stwierdzić to tyle, że korzeniem drzewa ewolucyjnego punka jest zombie. Punk rozwinął wszystkie właściwości tej kreatury z tym wyjątkiem, że nie pożera mózgów (bo tych już dawno zabrakło). Dieta została zmieniona na fajki i alkohol. Najedzony punk z kontentem kontempluje okolice szukając możliwości do solidnego wyjebania Systemu. Ponieważ Jarocin, a właściwie miejsce imprezy, to pole pozostaje jedynie kontemplacja okolicy (chyba, że w polu można znaleźć jakieś elementy Systemu). Jeśli znudzi się swoim zajęciem, a nadal pozostaje najedzony przychodzi czas na powrót do formy pierwotnej – spania w stylu zwłok. Udaje im się to całkiem dobrze. Tak dobrze, że można posądzić okoliczną ludność o ludobójstwo.

Obserwacja punków była zdecydowanie najzabawniejsza. Bo poza tym reszta wydała się taka całkiem normalna. Pole namiotowe takie jak każde inne. Przenośne toalety tak samo śmierdzące. Ludzie różni, mało ciekawi (wyjątek – punk). Obszar koncertowy poprawny.

Główną gwiazdą, dla której przyjechaliśmy była kapela Within Temptation. Nie za bardzo pasowała duchem do imprezy. Nie byłem jednak skażony myślą anarchizmu, nie czułem się również w nastroju do jebania Systemu, także nie przejąłem się zbytnio tym brakiem dopasowania. Zespół nie zawiódł, a widząc reakcje pozostałych został przyjęty całkiem ciepło.

Poza nim było całe mnóstwo różnych wykonawców. Od pizd-hipsterów do thrashowych wymiataczy. Ogólnie pozytywnie.

Teraz z lekka ideowo, tudzież przemyśleniowo. Jarocin, w mej koncepcji, miał widnieć jako miejsce oporu władzy. Władzy w ogóle, a nie konkretnym opcjom. Miało być to miejsce buntu, a nie było żadnym z tych. Jedyny bunt jaki był obserwowalny to punki i ich mało szablonowe odzienie. Jedyną formą buntu jako takiego było pogo, oraz rzadkie przepychanki. Nie było mowy o buncie, bo impreza przestała być taką, która stoi wbrew idei partii.

To co było, jest, to impreza bazująca jedynie na legendzie dawnego Jarocina (na którym nie byłem). Nie wydaje mi się aby to nadal była mekka punkowców i ideowego oporu. Jeśli chodzi o całokształt ta impreza jest po prostu komercyjnym przedsięwzięciem. Takim z miasteczkiem piwnym, biletami wstępu, ochroną, oraz wielką organizacją. To nie jest spontanicznie zebrana banda debili, która szarpie struny i ryczy w polu.

Oczywiście duch dawnej rewolty gdzieś wisiał. Tworzyły go martwe punki, pijące punki, kontemplujące punki. Jednak, to zdecydowanie nie jest tym co było dawniej. Ten duch utopił się masówce. Stworzono imprezę, na którym zaprasza się wielkie gwiazdy, które z kolei sprowadzają swoich fanów.

Miałem koncepcję. Przybyłem z tą koncepcją i przekonałem się, że była zwyczajnie głupia. Czasy buntu się skończyły i tak jak one uległy zmianie, tak również stało się z tą imprezą. Koncepcyjnie dostałem po dupie. Po raz kolejny nauczyłem się, że do pewnych rzeczy (właściwie to wszystkich) powinno się podchodzić bez wyobrażeń.

Bo gdybym przyjechał na Jarocin bez wymysłów widziałbym dobrze zorganizowaną imprezę. Wspaniałe koncerty, oraz możliwość odpoczynku. Dodałbym też, że skakałem do tego co grano, piłem na trawce i smarkałem błotem. I naprawdę tak było. Bawiłem się dobrze. Tylko ta jebana koncepcja.

Rozmyśl

Czasami jadę tak szybko samochodem, że nie potrafię dogonić guzika zmiany utworu w radiu.

Sennik: Sowia mama

Miałem sówkę. Taką Hedwigę (wtajemniczeni wiedzą). Piękna, mała, bielutka. Zaczęła skrzeczeć i wyraźnie miała parcie aby do mnie podlecieć. Wyciągnąłem rękę, ptak na niej wylądował i posadziłem go na ziemi. Po chwili moja sówka urodziła trzy koty. Jeden był nawet do niej podobny.

Dzieci listonosza? Toksoplazmoza in progress.

We has lost failz

Po spektakularnym upadku Rootnode, równie spektakularnej plajcie, oraz dramatycznym wdrożeniom nowych rozwiązań (ciągle mowa o Rootnode) powrócił do życia blogasek.

W końcu znalazłem chęć/chwilę na przywrócenie go do działania. Mimo szumnych zapowiedzi nadal pozostaję na Rootnode. Sprawdzę jak się zachowuje nowa architektura, jeśli będę zadowolony dam jeszcze jedną szansę.

W trakcie fail-time działo się sporo. Wystąpiło kilka zjawisk wartych opisania, co też postaram się wkrótce uczynić.