Archive | September, 2012

Rzecz o powstaniu warszawskim

Nie jestem empatyczny. Nie przejmuję czyiś emocji. Empatia w moim przypadku ogranicza się intelektualnego zrozumienia problemu. Przekonałem się, że jest pewien klucz, który potrafi wywołać u mnie prawdziwą empatię. Jest nim muzyka.

Tytuł notki nie jest przypadkowy, bowiem to muzyka Lao Che z albumu Powstanie Warszawskie wywołała u mnie uczucie, które mogłem zidentyfikować jako empatię. Empatię do czegoś, co minęło dawno temu. Do wydarzenia, o którym nikt mi nie opowiadał w formie przeżyć osobistych.

Nie chcę rozważać czy powstanie było słuszne (bo wszystko wskazuje na to, że było katastrofalnym błędem). Jednak, po przesłuchaniu albumu zrozumiałem co mogło skłonić ludzi do podjęcia walki. Chyba po raz pierwszy przeżyłem czyjeś emocje.

Chwilę później posypały się pytania. Jedno, to najważniejsze, ciągle kołacze mi się w głowie. Czy powstańcy byliby szczęśliwi widząc Warszawę, Polskę o którą walczyli?

Wyspa

Zawsze gdy widzę ten obraz Beksińskiego odnoszę wrażenie, że do czegoś podobnego doprowadza się społeczeństwo. Samotne wyspy, które komunikują się znakami dymnymi..

Złamanko

Oto jedna z wielu historii inspirowanych alkoholem. Dużo się tej nocy działo. Byłem niezniszczalny, także nie przejąłem się zbytnio gdy na mej drodze z punktu A do punktu B wyrosło (a może już tam było?) coś w co przywaliłem solidnie nogą.

O poranku zorientowałem się, że chyba boli mnie noga. Szybkie oględziny wykazały porządny siniak (który nabierał rumieńców), oraz mocno spuchnięty palec. Właśnie wtedy przypomniałem sobie, że chyba w coś walnąłem.

W każdym razie, uznałem, że to zwykłą rzecz, która mogła nastąpić po kolizji. Nie specjalnie się przejmując funkcjonowałem sobie dalej.

Po tygodniu opuchlizna nie zmalała, także (zgodnie z obietnicą) poszedłem zrobić sobie RTG. Badanie wykazało, że oto mam złamany paluszek u nóżki. Dzień później (od otrzymania wyników; dwa tygodnie od chwili ZERO) pan ortopeda wyjaśnił mi, że nie specjalnie może pomóc, bo kość po prostu musi się zrosnąć. Usztywnienia nie są potrzebne, także mam jedynie ograniczać używanie stopy.

Wszystko fajnie i pięknie. Dwa tygodnie łaziłem sobie w pełni szczęśliwy. Gdy się dowiedziałem, że mam kość złamaną nagle stopa zaczęła boleć, chodzę wolniej bo wyobraźnia podpowiada mi, że dwie połówki kości radośnie się przemieszczają. Słowem, stałem się obolałym człowiekiem.

Chyba nie warto chodzić do lekarza, bo człowiek się jeszcze wpędzi w jakieś choróbska.

Behemot zdedł.

Gdy kot czai się koło lodówki, wiedz że coś się dzieje. Gdy lodówka jest otwarta, już jest za późno. Nie pomogły prośby. Nie pomogły groźby. Przemoc i gonienie po mieszkaniu też nie pomogła. Nawet odkurzacz, który zastawił drzwi okazał się być nieskuteczny. Do sporej puli przewinień kota doszła kolejna pozycja. To był ostatni grzech futrzanego lokatora.

Kot został skazany na banicję. Zdecydowaliśmy, że lepiej mu będzie na wsi zapierdzielać za myszami. Myśl szybko przekształciliśmy w czyn.

I jak to zwykle bywa z przyzwyczajeniami – brakuje tego cholernego miau.

Paradoks zwyrola

Behemoth przełączył patrzałki w tryb otchłani. Oznaczało to nic innego jak preludium do burzy, która miała nastąpić. Kot, gdy leniwy, jest mało ruchawy. Jednak kiedy gałki ma czarne, idealnie czarne, łapie każdy detal. Łapie dosłownie, nie w przenośni. Potrafi złapać detal spadający z biurka znajdującego się w drugim pokoju. Potrafi z kanapy zrobić poligon. Potrafi.. no cóż, imię zobowiązuje, zrobić piekło.

Przygotowaliśmy podręczny zestaw anielski (czyt. anty-piekło) – atomizer (takie coś co psika mgiełką; fajna nazwa co nie?) z roztworem wody i cytryny. Ponoć to odgania zwierzaka. Ponoć to go przeraża. Czasami tak nawet jest, ale w ogólności broń jest skuteczna na ok. 5 minut. Później kot wraca do realizacji zniszczenia.

I tak ponownie postanowił zaatakować jakiś ciekawy detal. Tym razem były to kable od komputera. Tym razem nie miałem zestawu anielskiego. Tym razem straciłem cierpliwość. Złapałem szatana i go zbiłem, po czym rzuciłem przez pokój. A później zrobiło mi się żal tej decyzji.

I wtedy zrozumiałem pewien paradoks. Przypomnieli mi się zwyrole, którzy mają rodziny, które wykorzystują do treningu bokserskiego. Może oni mają podobną sytuację? Puszczają im nerwy do tego stopnia, że używają siły. Jednak później żałują tego co zrobili i próbują rekompensować straty (w moim wypadku było to smutne spojrzenie skierowane na kota; nie przejął się tym)? Życie toczy się do kolejnego momentu puszczenia nerwów..