Relacja z końca świata

Pobudka była zupełnie zwyczajna. W trybie zombie przygotowałem śniadanie dla mojej kobiety, po czym wpadłem w nieznośny latarg. Po ponownym przebudzeniu nie miałem za dużo czasu.

Szybko doprowadziłem się do porządku i wybiegłem do pracy. Celowo założyłem glany, w końcu nie wiadomo po kim w ten dzień przyszłoby mi deptać.
W pracy można było wyczuć lekki niepokój. Widmo zepsutego weekendu dało się we znaki, jednak wizja wszamiania sushi poprawiała humory.

O godzinie zero nadszedł czas na przerwę w pracy. Zebraliśmy się wszyscy aby odsłuchać ostatnich instrukcji szefa, po czym rozdzieliliśmy się. Zdesperowani zabrali ze sobą wódkę i poszli w świat, ci drudzy pozostali na stanowiskach z nożami w ręku.

Widok noży latających w powietrzu nadal rozgrzewa me serce. W ciągu chwili udało się przygotować wspaniałe sushi.
Wrócili nawet ci co uciekli. Przyszli z choinką (pewnie wymienili się za wódkę), wyglądali na głodnych. Nie chcieli też powiedzieć co się działo na zewnątrz.

Nasza ostatnia wieczerza była zacna. Po niej pozostał jedynie hedonizm w czystej postaci – wódka i śpiewy… i sushi.

Końca świata jednak nie było.