Archive | Alkoholowy zew RSS for this section

Weź tu gadaj

x: Wpadłem w małą depresję. Nie mam zbyt wielu znajomych, mam problem z poznaniem nowych osób. Szukam dziewczyny od dłuższego czasu i nic z tego nie wychodzi

(parę chwil, godzin, później)

x: Właściwie to mam wyjebane w to czy kogoś obrażę czy nie.

y: Biorę po trochu ze wszystkich religii. Wierzę w karmę, niebo, anioły, co do istnienia piekła nie jestem przekonana, wierzę również w apokalipsę zombie. Skoro to wszystko jest możliwe, to zombie również.

Cytaty luźno przytoczone. Z powodu przeraźliwej trzeźwości nie byłem w stanie zapamiętać ich lepiej.

Chyba jednak na imprezach powinno się chlać, densować, ruchać, przygotowywać na apokalipsę zombie, a nie wykładać filozofie.

Ps. Bycie trzeźwym w lokalnej społeczności pijanych szkodzi.

Katharsis

Katorga Alkoholowej Chwili, Katatoniczny Atak Czkawki, Kosmiczna Apopleksja Cieśli, lub też zwykły prosty KAC. Już raz o nim pisałem. Co najmniej raz był on powodem do zaprzestania mojej przygody z alkoholem.

Tym razem odkryłem drugą naturę kaca. Doznałem oczyszczenia. Bo jak inaczej nazwać mechanizm drastycznej regulacji toksyn w organizmie? Jednak ja nie o tym. Natura dobrze radzi sobie z takimi problemami. Wyłączy większość kluczowych funkcji organizmu, tylko po to aby pozbyć się trucizny. Skutkiem ubocznym są wszelkiego rodzaju cierpienia natury psychicznej.

Tym razem zrozumiałem jednak, że to cierpienie przynosi oczyszczenie. Bo jak inaczej można nazwać mechanizm w którym wszystkie problemy znikają na dalszy plan? Nagle wszystko co dręczyło przestaje mieć znaczenie. Ważna jest ta krótka chwila cierpienia, a po niej przychodzi jeszcze większa radość. Czyż tak nie powinno być ze wszystkimi problemami jakie napotykamy w życiu? Wygląda na to, że kac w sensie metaforycznym, może przynieść ulgę od spraw bieżących.

Co prawda kac jedynie oddeleguje problemy na później, ale przynosi pewne zrozumienie – każdy z tych problemów traci na znaczeniu w obliczu poalkoholowego zabójcy.

Ps. jako wujek dobra rada polecam (po ustabilizowaniu pracy żołądka) wypicie hektolitrów przesłodzonej herbaty.

Tradycja

Tradycja jest usystematyzowanym dziwactwem jednej (lub wielu) osoby. To może być również dziwny rytuał osób, który występuje o określonej porze, a jego pochodzenie jest równie tajemnicze i niezrozumiałe co mop wsadzony do rury PCV. Jednakże takie coś jest i mimo swego paradoksu jest jednym z wielu spoiw relacji międzyludzkich.

Jest to sposób kiedy można się spotkać i wspólnie wykonać jakąś czynność (np. wsadzić do rury PCV mopa), po czym upić się i cieszyć się z porządnie wykonanego zadania. Jeśli to jest cykliczne przyzwyczajamy się do tego, a później wmawiamy kolejnym pokoleniom, że jest to konieczne bo robili tak ich dziadkowie.

To jest po prostu fajne. Serio. Jest to jedna z tych rzeczy, które można wspominać. Wspólne niedzielne obiady, których nieformalną tradycją stała się kłótnia o kazanie księdza, czy też wieczorne wyprowadzanie zwierzaka (np. chomika) razem z ojcem.

W moim domu również były tradycje. Niedzielny obiad to oczywista oczywistość. Z ciekawych tradycji jest poker. Od wielu lat (a nawet pokoleń) zbiera się ekipa, która dla przyjemności grywa sobie w pokera. Tego klasycznego. Udało im się nawet w ten proceder wciągnąć moją osobę.

Od czasu wyjazdu do wielkiego miasta pewną tradycją są ponowne wizyty w domu. Siadam sobie z mamą w kuchni, rozmawiam co i jak, a później z ojcem przy piwie oglądam kolejny durny film. Tradycją jest również oglądanie Jerry Springer Show. Robię to tylko gdy jestem w Chmielnie. Zazwyczaj po paru piwach (to też jest tradycją).

To są przyzwyczajenia. To mogą być uzależnienia. Mimo to jest to coś co dobrze się wspomina. Taka mała głupia rzecz, absurdalna rzecz, a potrafi wywołać po latach uśmiech. Jeśli masz jakieś regularne dziwności nazwij je tradycją i ciesz się z nich w przyszłości.

Depresja

Powrót z Berlina zakończył się depresją. Nie mówię tutaj o katatonicznym zachwycie nad zaciekami na ścianie, a totalnym załamaniem spowodowanym beznadziejnością miejsca, w którym wylądowaliśmy. W obcym kraju potrafiliśmy w ciągu dwóch minut znaleźć interesujący nas środek transportu. Bez problemów odnajdowaliśmy się w gąszczu wielopiętrowych peronów.

Powrót do Polski (a konkretniej stacji PKP Szczecin Główny) zakończył się depresją. Wysiedliśmy i będąc we własnym kraju nie wiedzieliśmy co ze sobą zrobić. Chcieliśmy kupić bilety na dalszą podróż, ale nie mieliśmy pojęcia gdzie jest kasa. Co więcej nie mogliśmy znaleźć żadnej stosownej informacji. Po 10 minutach krążenia w końcu się udało. Poza tym przywitała nas szarość, zalew reklam i totalny brak możliwości. Najbliższa knajpka była ponad 700m od PKP, a nie mieliśmy dość czasu aby tyle człapać. Nasz obiad “zjedliśmy” w sklepie spożywczym.

Trzy dni w Berlinie i nagły powrót do szarości naszego kraju spowodowały w nas ogromną tęsknotę, oraz zagubienie. Paradoksalnie to w obcym kraju było nam się łatwiej odnaleźć niż w obcym (lecz nadal Polskim) mieście.

Myślenie nie pomaga

Zdarzyło mi się raz opisać moją pewną “aktywność” społeczną. Tak samo jak wtedy dzisiaj spotkało mnie coś co sprawiło, że po raz kolejny mam “mind fuck” do końca dnia.

Sytuacja była dość ciekawa. Razem z dziewczyną wracaliśmy na kolejkę. Mijaliśmy dwóch kolesi stojących przy samochodzie. Typowe dresiki, z czego ten drugi próbował otworzyć drzwi. Jako narzędzia używał drutu (lub czegoś podobnego) wkładając go w szczelinę pomiędzy drzwiami, a szybą. Na pierwszy rzut oka widać, że ktoś próbuje się włamać do samochodu.

Oczywiście w najmniej dobrym momencie włączyło mi się myślenie i zamiast zadzwonić na policję podszedłem do kolesi z pytaniem co dobrego wyrabiają. Ich zupełna zlewka mojej propozycji skontaktowania się z policją w pewnym stopniu utwierdziła mnie w przekonaniu, że być może zatrzasnęły im się drzwi i próbują po prostu w jakiś rozpaczliwy sposób je otworzyć.

Jeszcze chwilę drążyłem temat, aż w końcu pewny siebie typek stwierdził, że jeśli za chwilę nie zadzwonię na policję to zwyczajnie mi “napierdoli”, bo ma dość. W tym momencie zwyczajnie zwinąłem ogon. Stwierdziłem, że nie ma sensu dalej z nimi gadać. Co gorsza wmówiłem sobie, że pewnie moja teoria się zgadza i faktycznie im się auto zatrzasnęło. Poszliśmy dalej.

Wielki szacunek należy się mojej kobiecie, która stwierdziła, że sprawy tak nie zostawi. Wprawdzie poszliśmy, ale ona stwierdziła że i tak zadzwoni na numer alarmowy. Co się okazało? Znane nam numery, które wbijano od małego (tj. 997 i 112) zwyczajnie nie działały. Szkoda słów.. W każdym bądź razie zwróciliśmy się do ochrony pobliskiego centrum i zostawiliśmy im “donos” o tym, że prawdopodobnie pod ich sklepem ktoś próbuje się włamać do samochodu.

Sytuacja wywołała moje zażenowanie (względem samego siebie), oraz zwykły wstyd. Z jednej strony wiedziałem, że mam obowiązek reakcji, a z drugiej strony bałem się zwykłego obicia mordy. Co więcej myśl, że być może spotkam kiedyś tych jegomościów i wtedy oberwę nie pocieszyła mnie za bardzo.

Najbardziej żenujące jest to, że zamiast reagować ja próbowałem się dowiedzieć jak najwięcej o zaistniałej sytuacji. Całe szczęście, że nie zrobiłem jeszcze ankiety środowiskowej z opinią przechodniów na temat tego co sądzą o kolesiach próbujących włamać się do samochodu.
Próba przeanalizowania sytuacji sprawiła jedynie, że stałem jak ten kołek naiwnie wierząc, że panowie mi ładnie wytłumaczą co robią. Całe szczęście, że moja kobieta jest bardziej spontaniczna ode mnie i ma sztywniejszy kręgosłup moralny.

Cała sytuacja jest dla mnie poważną nauczką. Na chwilę obecną odczuwam po prostu ogromny wstyd za własną głupotę i naiwność, lecz wyciągnę z tego jakieś wnioski.

Swoją drogą jeszcze jedna rzecz jest interesująca. “Złodzieje” nie ukrywali się specjalnie z tym co robią. Mimo to nikt nie zareagował. Czy to jest możliwe, że społeczna znieczulica jest tak ogromna? Jeśli tak, to w jaki sposób chcemy budować lepszy kraj, jeśli na ulicy nie reagujemy na typowe problemy?

Przy okazji przypomniałem sobie o pewnym paradoksie tkwiącym we mnie. Jestem nauczony aby nie przechodzić obojętnie wobec krzywdy drugiej osoby. Z drugiej strony mam też wpojony mechanizm samozachowawczy (nie nazwę tego instynktem, ponieważ sądzę, że jest to zachowanie nabyte w toku nauczania małego radmena)m który mówi mi aby nie mieszać się w “cudze” sprawy. ponieważ może mi się za to oberwać.

Zdaje się, że właśnie z tego powodu zachowałem się dzisiaj w ten sposób. Chciałem zareagować, zrobiłem to lecz po chwili zabrakło “pary” i zwyciężył strach przed uszkodzeniami mechanicznymi ciała..

Różnie i luźnie

Naszedł mnie pewien ciąg myśli. Krótkich, luźnych, nie nadających się na swoją “własną” notkę. Każda myśl warta zapisania. Być może ktoś ją wykorzysta jako narzędzie mojej kompromitacji, a może posłuży jako wybawienie dla zatroskanych nastolatek.

Myśl pierwsza – sytuacja w Japonii. Mit atomu pochłaniającego wszystko powrócił. Obudziły się wszelkiej maści organizacje ekologiczne, które uważają, że takie rozwiązania energetyczne będą dla nas zgubą. Przy okazji ludzie na całym świecie wpadają w panikę, bo byle piard Boga skieruje niszczycielską chmurę radioaktywnego pyłu nad ich głowy i zniszczy cały umiłowany świat. Po raz kolejny Wielcy wykorzystują strach mas.

Myśl druga – Libia. Wielkie mocarstwa chcą zgrywać bohaterów. W końcu znaleźli pretekst aby rozkręcić wielkie tryby machiny ich interesów. Kasa kryje się za losem pojedynczych osób, wcale nie chodzi o to aby im się żyło lepiej. Gdyby tak było to Afryka po raz kolejny byłaby skolonizowana, przez jakże to miłosierne państwa zachodu.

Myśl trzecia – wspomagacz filozofii – alkohol. Odkryłem, dlaczego alkohol wspomaga małe filozofie. Tymczasowo paraliżuje kończyny, przez co organizm może przekazać więcej energii do mózgu. Mózg nagle produkuje więcej myśli, a wywołane ciśnienie ostatecznie wyważa drzwi dziennej rutyny i powoduje wysyp przemyśleń zaległych na dnie czaszki. Gdy się przesadzi to i mózg wyłącza się, a wtedy czysty instynkt zaczyna działać.

Myśli trzy się spisały. Nie chciałem się nad nimi rozwodzić dłużej, bo wtedy byłoby coś o wiele gorszego od tego co zapisałem. Ku chwale poczwarków myślowych!

Miniblog: Śmierć z sensem?

A propo mej arcyciekawej notki o zakrzepłej krwi przypomniał mi się mój pseudofilozoficzny wywód. Czy istnieje coś takiego jak sensowna śmierć? Czy taka śmierć może mieć większe znaczenie, niż życie jednostki? Jeśli tak to czy to oznacza, że w tej sytuacji żyje się tylko po to aby umrzeć z sensem? A co jeśli śmierć będzie bezsensowna? Czy oznacza ona większy sens życia? To zupełnie nie ma sensu, czas się chyba spotkać z dawnym przyjacielem alkoholem.

I’m Batman!

Wydaje się, że moje niebezpieczne fascynacje rozpoczęły się już w podstawówce. To wszystko przez kreskówkę Dragon Ball. Wizja bycia mistycznym wojownikiem broniącym planety bardzo mi się spodobała. Tyle tylko, że czasami jestem jednym ze złych charakterów. Najlepiej by było, żebym był jak Goku i jakiś zły typ (np. Picollo). Gdybym łapał tzw “rage mode” to moja siła by rosła, a ja mógłbym spopielić swoich wrogów. Taak, na samą myśl o możliwych sposobach spopielenia przeciwników aż mnie ciarki przechodzą. Czasami też bym niszczył całe miasta. W sumie bez powodu, bo mogę.

Później zaczęło być tylko gorzej. Na swej wędrówce przez życie napotkałem serię Hellsing. Zapragnąłem walczyć po stronie organizacji zwalczającej wampiry. Najlepiej abym to ja był potężnym Nosferatu. Podobnie jak Alucard sączyłbym przyjemność z czynienia rozpierduchy. Niszczyłbym słabych popleczników, a pozostawiałbym jedynie tych Godnych.

Na szczęście udało mi się przejść na dobrą stronę Mocy. Chciałbym aby ktoś powiedział mi, że mam predyspozycje na bycie Jedi. Zgłębiłbym tajniki mocy, a sztukę świetlnego fechtunku miałbym opanowaną do perfekcji. Pomagałbym słabszym i cierpliwie pleniłbym zło z Republiki.

Chyba mam coś w rodzaju syndromu wybrańca. Czekam na to, aż ktoś obcy powie mi, że jestem Wyjątkowy. Wtedy rozpocznie się moja przygoda. Będę romantycznym rycerzem (jedi) zabijającym wampiry z kosmosu.

Na szczęście nie muszę już czekać. Zostałem programistą. Posługuję się mistycznym językiem. Jestem w stanie tworzyć całe światy, niszczyć je i odtwarzać. Jeśli tylko chcę mogę zostać bohaterem, lub geniuszem zła. Wszystko jest możliwe, bo jako programista mogę sobie stworzyć taką rzeczywistość.

I co z tego, że będę w niej tylko ja? Będę bogiem, szatanem oraz Kubusiem Puchatkiem. Będę tworzył, niszczył. Stworzę sobie poddanych, narzucę im swoją ideologię (nawet jeśli nie będą jej chcieli) i karzę im mnie czcić. Będę rozdawał darmowy pasztet i żądał od poddanych aby płacili za mnie podatki. W końcu będę kimś!

Notka pisana pod wpływem dziecięcych fantazji oraz Ciechana Miodowego.

Totem Świebodziński

Postawiono sobie pomnik takiego pana, który ponoć jest naszym królem. Wielu się oburzyło, inni są zachwyceni. Oburzeni skandują, że pieniądze wyrzucone w błoto, a zachwyceni, że mogą poopalać się w cieniu Boga.

Przyznaję, że mam mieszane uczucia do tego “dzieła”. Ciężko mi to nazwać “pomnikiem”, bo z niewiadomych przyczyn odnoszę wrażenie, że ów “pomnik” swoim wykonaniem prezentuje poziom sanktuarium w Licheniu, a to jest w mojej ocenie ewidentnym przykładem kiczu. Nie rozumiem również tak dobitnej potrzeby manifestowania swojej religijności.
W każdym bądź razie stało się. Bóg rzuca cień wkurwiając przy okazji wielu. Co ciekawe również swoich wyznawców. Znowu nastąpił podział na mniej i bardziej wierzących, gdzie tych “bardziej” wierzących można po prostu nazwać dewotami.

Pomijając kwestie religijne. Czy dobrze się stało, że Jezus góruje nad nami? Pomińmy już kwestię pieniędzy, tych się teraz nie odzyska. Wydaje mi się, że ten pomnik może być czymś w rodzaju “pussy magnet“, tylko takiego w wersji dla dewotów z całego świata. Śmieszne? Dziwne? Wyobraźcie sobie jakie zyski ci ludzie mogą przynieść lokalnej społeczności. Potencjał spory, chociaż w iście narodowym stylu zostanie zmarnowany.
Chyba to jest taki narodowy zwyczaj aby stworzyć coś co ma ogromny potencjał, a później ten potencjał totalnie zaprzepaścić.

Ach, przypomniał mi się Licheń i jego ograniczenia. Ciekawe czy z szacunku do Boga na terenie pola (wzgórza?) w obrębie którego stoi pomnik również nie będzie można chodzić w szortach, ani innym “ubliżającym” stroju? Lubię te wymysły adwokatów Boga, jakby to oni wiedzieli czego on najbardziej potrzebuje.

Gejoza i wieśniactwo, czyli rzecz o modzie

Działy odzieży męskiej muszą inspirować się hasłami Diogenesa. W ich wypadku można przejść się po nich z latarką (oczywiście wbudowaną w telefon, bądźmy odrobinę nowocześni) i krzyknąć “szukam ubrań dla facetów”. No chyba, że te gejowskie szmatki to są ubrania.

Gdzieś w mojej głowie tkwi takie stereotypowe wyobrażenie geja, a właściwie jego ubioru. Ubioru zbliżonego do garderoby damskiej. W zasadzie takie coś mamy aktualnie według tzw mody.
Możliwe, że dyktatorzy mody są gejami i serwują takie ubrania aby faceci byli w ich spojrzeniu bardziej seksowni.

No cóż, mam to gdzieś. Chcę kupić sobie normalną bluzę, a nie sweterek z ogromnym dekoltem, podobny do tych które noszą panie. Chcę jakieś normalne spodnie, a nie obcisłe rurki, ugniatające moje delikatne jajka.
Przede wszystkim chcę wyglądać jak facet, a nie jak kobieta. Możliwe, że dla wielu moja potrzeba może się wydawać niezrozumiała. Uważam, że faceci powinni wyglądać jak faceci. Gejom (stereotypowym) pozostawmy wygląd podobny do kobiet.

Pomijając gejozę ubrań, mam serdecznie dość tych wszelkich udziwnień. Powiedzcie mi jaki jest sens posiadania marynarki z Mario? Rozumiem, że wszyscy hipsterzy pragną wyglądać jak nerdy. W końcu tylko nerdy opierały się wszelkiej modzie. Skoro się tak dobrze opierały modzie to moda postanowiła ich zaatakować w inny sposób. Dokonała czegoś podobnego do asymilacji i teraz czerpie garściami z flanelowych koszul i kolejnych postaci gier RPG.

Cieszę się również z faktu powrotu do łask ortalionowych strojów wyjściowych. Polska wieś będzie ponownie modna. Mam też propozycje na ten sezon – filcowe gumiaki, oraz kurtki wyposażone w podręczną kieszeń na wino. Myślę, że z wiejskiej technologii odzieżowej można ściągnąć kilka innych, równie ciekawych, rozwiązań.

Serio, czy tylko mnie uderza tak bardzo fakt, że faceci coraz częściej wyglądają jak panienki? Jeśli nie jakieś nerdo-hipstery i gejozy to atakuje moda w stylu “metro”. Czy świat zapomniał o zwykłych facetach, którzy nie chcą zmieniać płci?
Wkurza mnie to też z innego powodu. Czas moich zakupów wydłużył się do kilkugodzinnych (rozbitych na kilka dni) poszukiwać, które często są zakończone niepowodzeniem.