Archive | Ogólne RSS for this section

Relacja z końca świata

Pobudka była zupełnie zwyczajna. W trybie zombie przygotowałem śniadanie dla mojej kobiety, po czym wpadłem w nieznośny latarg. Po ponownym przebudzeniu nie miałem za dużo czasu.

Szybko doprowadziłem się do porządku i wybiegłem do pracy. Celowo założyłem glany, w końcu nie wiadomo po kim w ten dzień przyszłoby mi deptać.
W pracy można było wyczuć lekki niepokój. Widmo zepsutego weekendu dało się we znaki, jednak wizja wszamiania sushi poprawiała humory.

O godzinie zero nadszedł czas na przerwę w pracy. Zebraliśmy się wszyscy aby odsłuchać ostatnich instrukcji szefa, po czym rozdzieliliśmy się. Zdesperowani zabrali ze sobą wódkę i poszli w świat, ci drudzy pozostali na stanowiskach z nożami w ręku.

Widok noży latających w powietrzu nadal rozgrzewa me serce. W ciągu chwili udało się przygotować wspaniałe sushi.
Wrócili nawet ci co uciekli. Przyszli z choinką (pewnie wymienili się za wódkę), wyglądali na głodnych. Nie chcieli też powiedzieć co się działo na zewnątrz.

Nasza ostatnia wieczerza była zacna. Po niej pozostał jedynie hedonizm w czystej postaci – wódka i śpiewy… i sushi.

Końca świata jednak nie było.

Ostatnie przemyślenie

Koniec świata jest kwestią godzin. Tak przynajmniej wynika z kamiennego symulatora Majów. Ponoć Sierpniowcy nie zgadzają się z tą tezą, ale ich symulacje wykonane na plaży zmyły się (no i nie są tak medialni jak wytępiony lud).

Zakładając, że ten koniec świata jest prawdziwy, co robisz w ten dzień? Czy modlisz się do boga, spijasz resztki alkoholu, czytasz ulubioną książkę, gwałcisz dziewice? A może, tak jak ja, zastanawiasz się co zjesz jutro po pracy?

Gdyby faktycznie to miało nastąpić, czy żałowałbym, że ostatnie chwile spędziłem przy komputerze pisząc notkę o tym co myślę? Jakże zabawna jest myśl, że w obliczu zagłady moje myśli wędrują wokół spraw codziennych.

Jeśli przeżyję jutrzejszą zagładę zrelacjonuję przeżycia tamtejszego dnia. Natomiast jeśli to się nie uda dla potomnych (ehm.. zmutowanych myszy?) pragnę pozostawić info, że w dniu, w którym umrzemy miałem zjeść sushi.

Miniblog: Świnta

Właśnie odkryłem, że najgorszym pytaniem jakie można mi zadać to: co chcesz dostać na święta?. Nie dlatego, że mam miliony pomysłów. Po prostu nie wiem co chciałbym dostać w prezencie.

Niestety zwykłe nic nie wystarcza.

… skarpety?

Uczelnia Reloaded

student’s cat’s playground by @yariire

Napełniony kawą i zestawem celnych ripost byłem gotów na epickie starcie z panią z dziekanatu. Byłem zdecydowany, zdeterminowany. Byłem gotów przyjąć każdy atak i dotkliwie atakować zamiast się bronić.

… zostałem wyśmiany. Bez walki, bez krzyku, bez użycia celnej riposty. Bez ogródek wyśmiano mnie, a ja podjąłem wyzwanie i śmiałem się również.

Po raz kolejny nadszedł czas na epicką walkę z jedynym i najwspanialszym (spośród wspaniałych) przedmiotem. Ciekawe czy z tej potyczki wyjdę cało.

Rzecz o powstaniu warszawskim

Nie jestem empatyczny. Nie przejmuję czyiś emocji. Empatia w moim przypadku ogranicza się intelektualnego zrozumienia problemu. Przekonałem się, że jest pewien klucz, który potrafi wywołać u mnie prawdziwą empatię. Jest nim muzyka.

Tytuł notki nie jest przypadkowy, bowiem to muzyka Lao Che z albumu Powstanie Warszawskie wywołała u mnie uczucie, które mogłem zidentyfikować jako empatię. Empatię do czegoś, co minęło dawno temu. Do wydarzenia, o którym nikt mi nie opowiadał w formie przeżyć osobistych.

Nie chcę rozważać czy powstanie było słuszne (bo wszystko wskazuje na to, że było katastrofalnym błędem). Jednak, po przesłuchaniu albumu zrozumiałem co mogło skłonić ludzi do podjęcia walki. Chyba po raz pierwszy przeżyłem czyjeś emocje.

Chwilę później posypały się pytania. Jedno, to najważniejsze, ciągle kołacze mi się w głowie. Czy powstańcy byliby szczęśliwi widząc Warszawę, Polskę o którą walczyli?

We has lost failz

Po spektakularnym upadku Rootnode, równie spektakularnej plajcie, oraz dramatycznym wdrożeniom nowych rozwiązań (ciągle mowa o Rootnode) powrócił do życia blogasek.

W końcu znalazłem chęć/chwilę na przywrócenie go do działania. Mimo szumnych zapowiedzi nadal pozostaję na Rootnode. Sprawdzę jak się zachowuje nowa architektura, jeśli będę zadowolony dam jeszcze jedną szansę.

W trakcie fail-time działo się sporo. Wystąpiło kilka zjawisk wartych opisania, co też postaram się wkrótce uczynić.

Happy Flat

To już prawie tradycja, że co rok zmieniam mieszkanie. Tym razem wystarczyło ~9 miesięcy aby powtórzyć przygodę. Zapuściliśmy się w nowe rejony – wybór padł na Gdynię.

Operacja przenosin była sprawna. Tydzień pakowania i 3 godziny przewożenia rzeczy. Ot prostota. Później tylko wypakowanie gratów, poprzedzone mozolnym sprzątaniem mieszkania.
Podczas tego zadania wyszło sporo mankamentów związanych z nowym mieszkaniem. Szafa się nie domyka, kawałek drewnianej improwizacji płyty gips-karton nie przylega do ściany, wszystko się klei itd.

Mieszkanie pamięta czasy Gomułki (czy tam innego Gierka). Widać* to choćby po stanie farby na ścianach w łazience. Nie jest to z resztą jedyna ciekawostka. W tej samej łazience płytki podłogowe pamiętają chyba czasy WW2, a te na ścianie przedstawiają różne stadia rozwoju kolonii bakterii (co ciekawe, żadna z tych płytek się nie powtarza). Jest pralka, która jest w stanie wykonać 1/4 prania z poprzedniego mieszkania.

Przechodząc do kuchni można zaobserwować cudowny przykład tłustego kurzu, oraz rozklejających się szafek. Oglądając zwisający na słowo honoru okap można zaobserwować kolejną ciekawostkę – ów okap nie jest połączony z kominem. Kolejna ciekawostka dotycząca tego miejsca – na ścianach wiszą, a właściwie są przyklejone obrazki. Same obrazki stanowią raczej nikłą rozrywkę estetyczną, ale sposób ich montażu jest cudowny. Widać, że biurowa ramka na zdjęcie i kropelka potrafi zdziałać cuda.

Ucieknijmy z tego miejsca. Są jeszcze dwa pokoje! Jest pokój dzienny. Ma telewizor, ładne ściany i nawet fajnie wygląda. Z jego okien widać wielki budynek Thomson Reuters. Poprzednia lokatorka zostawiła cudowne zasłony (prezent od mamy!), które przyczyniły się do spłodzenia jej dziecka (doprawdy nie chcę znać dalszych szczegółów).
Ostatni pokój to nasza graciarnia. Czerwonawe coś z wielką prawie sprawną szafą. Z tej strony mamy cudowny widok na.. inny blok.

Po drobnych poprawkach (dokonanych i tych planowanych) mieszkanie jest całkiem przyjemne. Tylko.. trzeba uważać na inwigilację. Z jednej strony do okien zaglądają nam pracownicy biurowca, z drugiej przygląda nam się lokalna komuna. Właściwie to nie przeszkadza w zmianie gaci dopóki żyje się w błogiej nieświadomości.

Ach tak, zapomniałem o jeszcze jednej rzeczy. Mamy nowego lokatora. Nazywa się Behemoth i jest kotem.

To jest ostatnie mieszkanie, które wynajmuję. Następnym razem (czyli zgodnie z tradycją będzie to za ok rok) wracam do domu rodzinnego, lub kupuję własne mieszkanie.

* opis mieszkania (celowo pisany w czasie teraźniejszym) przedstawia mniej więcej stan z daty wprowadzenia. Teraz jest zupełnie zajebiście

Obserwacja

Lubię obserwować co się dzieje dookoła. Dzisiaj również oddałem się tej małej przyjemności i nagle znalazły się aż dwie obserwacje, o których chciałbym wspomnieć.

Jak zawsze w sezonie wiosenno-letnim wracając z pracy postanowiłem oddać swój hołd kobiecym biustom. Wszystkim. W ten oto sposób wypatrzyłem pewną torebkę, oraz rękę ją trzymającą. Właściwie to ta ręka jej nie trzymała. Ot właścicielka była chytra i wykorzystała atuty swojej anatomii. Zamiast trzymać torebkę sprytna pani po prostu zgięła swoją rękę i zrobiła z niej pokaźnych rozmiarów hak. Oczywiście na tym haku znalazła się torebka. Raczej typowy obrazek prawda? Wiele kobiet zawiesza w ten sposób swoją torebkę (chociaż określenie “torba” jest bardziej właściwe) i tak sobie drepcze z nią. Ciekaw jestem jak to się później odbije na ich zdrowiu. Czy po wielu latach targania swoich rzeczy w ten sposób powstanie zwyrodnienie, które spowoduje, że ręka pozostanie w domyślnej pozycji haka? Ciekawe na ile sposobów byłoby można wykorzystać ten fakt.

Obserwacja druga. Ludzie na ulicy nie zwracają uwagi na zbyt wiele szczegółów. Widzą przed sobą jedynie drogę do celu. W ten sposób minąłem aż dwójkę znajomych. W przypadku pierwszej osoby zastosowałem technikę zapuszczenia żurawia i ciągłego uśmiechania się w jej kierunku (byłem przekonany, że to jest lepsze od tradycyjnego przywitania się). Nie zauważyła mnie. Idąc za ciosem postanowiłem zignorować drugiego znajomego, którego minąłem. Przypadek?

Nie tak dawno, bo prawie sześć lat temu napisałem notkę o uścisku ręki. Wiesz co? Nic się nie zmieniło. “Galarety” nadal są. Jest ich chyba więcej. Może jest to wynikiem braku szacunku, a może braku dobrego wychowania. Możliwe, że ludzie mają po prostu na to wyjebane.

W każdym razie problem ten ciągle mnie irytuje.

Przypadek

Wyobraź sobie taką filmową akcję. Idziesz na zakupy. Jesteś w markecie. Na przekór losu w tym samym markecie znajduje się TA osoba*. Oczywiście nic nie wiesz o tym i robisz swoje zakupy. Po jakimś czasie z pełnym koszykiem idziesz do kasy. Jesteś na ostatniej prostej. Na tej samej prostej jest TA osoba. Jednakże w ostatniej chwili przypominasz sobie, że musisz jeszcze kupić kilogram bułek i te zajebiste gacie, które były na wystawce. Gwałtownie skręcasz w jedną z bocznych uliczek. W tym momencie za twoimi plecami przechodzi TA osoba i po prostu cie mija.

Właśnie minęła cię naprawdę trudna sytuacja jaka by wystąpiła gdybyście się spotkali. Być może dzięki temu przypadkowi udało ci się uniknąć niepotrzebnej kłótni, lub śmierci. Być może z tego powodu straciłeś przyszłą miłość życia, lub rozmowę z przyjacielem sprzed lat.

Teraz wyobraź sobie, że takie coś może Cię spotkać na każdych zakupach, na które idziesz. Niech ta schiza towarzyszy Ci przy każdych zakupach.

* TA osoba – odwieczny wróg, teściowa, kochanka, dziwka z poprzedniej nocy, przyjaciel. Ewentualnie dostawca pizzy lub tanatopraktor