Archive | Prywatnie RSS for this section

The End

Prowadzę tego bloga ponad sześć lat. Nie sądziłem, że będę w stanie w miarę regularnie prowadzić jakikolwiek dziennik. Jednak wraz z końcem roku postanowiłem zamknąć pewien rozdział swojej dziennikarskiej kariery. To jest ostatni wpis jaki się znajdzie na tym blogu.

Jednak nie oznacza to, że kończę pisać. Postanowiłem stworzyć nowego bloga, na zupełnie nowych rozwiązaniach. Nie chce mi się przenosić napisanych postów, dlatego ten blog będzie funkcjonował jako archiwum w zupełnie innej domenie. Skoro minęło sześć lat to archiwum będzie moją pierwszą Heksalogią. Druga ruszy niebawem pod tym samym adresem.

Jeśli będę dość wytrwały za kolejne sześć lat zamknę drugi tom i rozpocznę trzeci.

Dzisiaj jest odpowiedni dzień aby to zakończyć. Jutro nowy dzień nowego roku. Niech to będzie również nowy dzień nowego dziennika.

Czas przygotować się na odpowiednie uczczenie tego co było, oraz przygotowanie się na to co będzie.

Ostatnie przemyślenie

Koniec świata jest kwestią godzin. Tak przynajmniej wynika z kamiennego symulatora Majów. Ponoć Sierpniowcy nie zgadzają się z tą tezą, ale ich symulacje wykonane na plaży zmyły się (no i nie są tak medialni jak wytępiony lud).

Zakładając, że ten koniec świata jest prawdziwy, co robisz w ten dzień? Czy modlisz się do boga, spijasz resztki alkoholu, czytasz ulubioną książkę, gwałcisz dziewice? A może, tak jak ja, zastanawiasz się co zjesz jutro po pracy?

Gdyby faktycznie to miało nastąpić, czy żałowałbym, że ostatnie chwile spędziłem przy komputerze pisząc notkę o tym co myślę? Jakże zabawna jest myśl, że w obliczu zagłady moje myśli wędrują wokół spraw codziennych.

Jeśli przeżyję jutrzejszą zagładę zrelacjonuję przeżycia tamtejszego dnia. Natomiast jeśli to się nie uda dla potomnych (ehm.. zmutowanych myszy?) pragnę pozostawić info, że w dniu, w którym umrzemy miałem zjeść sushi.

Katharsis

Katorga Alkoholowej Chwili, Katatoniczny Atak Czkawki, Kosmiczna Apopleksja Cieśli, lub też zwykły prosty KAC. Już raz o nim pisałem. Co najmniej raz był on powodem do zaprzestania mojej przygody z alkoholem.

Tym razem odkryłem drugą naturę kaca. Doznałem oczyszczenia. Bo jak inaczej nazwać mechanizm drastycznej regulacji toksyn w organizmie? Jednak ja nie o tym. Natura dobrze radzi sobie z takimi problemami. Wyłączy większość kluczowych funkcji organizmu, tylko po to aby pozbyć się trucizny. Skutkiem ubocznym są wszelkiego rodzaju cierpienia natury psychicznej.

Tym razem zrozumiałem jednak, że to cierpienie przynosi oczyszczenie. Bo jak inaczej można nazwać mechanizm w którym wszystkie problemy znikają na dalszy plan? Nagle wszystko co dręczyło przestaje mieć znaczenie. Ważna jest ta krótka chwila cierpienia, a po niej przychodzi jeszcze większa radość. Czyż tak nie powinno być ze wszystkimi problemami jakie napotykamy w życiu? Wygląda na to, że kac w sensie metaforycznym, może przynieść ulgę od spraw bieżących.

Co prawda kac jedynie oddeleguje problemy na później, ale przynosi pewne zrozumienie – każdy z tych problemów traci na znaczeniu w obliczu poalkoholowego zabójcy.

Ps. jako wujek dobra rada polecam (po ustabilizowaniu pracy żołądka) wypicie hektolitrów przesłodzonej herbaty.

Złamanko

Oto jedna z wielu historii inspirowanych alkoholem. Dużo się tej nocy działo. Byłem niezniszczalny, także nie przejąłem się zbytnio gdy na mej drodze z punktu A do punktu B wyrosło (a może już tam było?) coś w co przywaliłem solidnie nogą.

O poranku zorientowałem się, że chyba boli mnie noga. Szybkie oględziny wykazały porządny siniak (który nabierał rumieńców), oraz mocno spuchnięty palec. Właśnie wtedy przypomniałem sobie, że chyba w coś walnąłem.

W każdym razie, uznałem, że to zwykłą rzecz, która mogła nastąpić po kolizji. Nie specjalnie się przejmując funkcjonowałem sobie dalej.

Po tygodniu opuchlizna nie zmalała, także (zgodnie z obietnicą) poszedłem zrobić sobie RTG. Badanie wykazało, że oto mam złamany paluszek u nóżki. Dzień później (od otrzymania wyników; dwa tygodnie od chwili ZERO) pan ortopeda wyjaśnił mi, że nie specjalnie może pomóc, bo kość po prostu musi się zrosnąć. Usztywnienia nie są potrzebne, także mam jedynie ograniczać używanie stopy.

Wszystko fajnie i pięknie. Dwa tygodnie łaziłem sobie w pełni szczęśliwy. Gdy się dowiedziałem, że mam kość złamaną nagle stopa zaczęła boleć, chodzę wolniej bo wyobraźnia podpowiada mi, że dwie połówki kości radośnie się przemieszczają. Słowem, stałem się obolałym człowiekiem.

Chyba nie warto chodzić do lekarza, bo człowiek się jeszcze wpędzi w jakieś choróbska.

Paradoks zwyrola

Behemoth przełączył patrzałki w tryb otchłani. Oznaczało to nic innego jak preludium do burzy, która miała nastąpić. Kot, gdy leniwy, jest mało ruchawy. Jednak kiedy gałki ma czarne, idealnie czarne, łapie każdy detal. Łapie dosłownie, nie w przenośni. Potrafi złapać detal spadający z biurka znajdującego się w drugim pokoju. Potrafi z kanapy zrobić poligon. Potrafi.. no cóż, imię zobowiązuje, zrobić piekło.

Przygotowaliśmy podręczny zestaw anielski (czyt. anty-piekło) – atomizer (takie coś co psika mgiełką; fajna nazwa co nie?) z roztworem wody i cytryny. Ponoć to odgania zwierzaka. Ponoć to go przeraża. Czasami tak nawet jest, ale w ogólności broń jest skuteczna na ok. 5 minut. Później kot wraca do realizacji zniszczenia.

I tak ponownie postanowił zaatakować jakiś ciekawy detal. Tym razem były to kable od komputera. Tym razem nie miałem zestawu anielskiego. Tym razem straciłem cierpliwość. Złapałem szatana i go zbiłem, po czym rzuciłem przez pokój. A później zrobiło mi się żal tej decyzji.

I wtedy zrozumiałem pewien paradoks. Przypomnieli mi się zwyrole, którzy mają rodziny, które wykorzystują do treningu bokserskiego. Może oni mają podobną sytuację? Puszczają im nerwy do tego stopnia, że używają siły. Jednak później żałują tego co zrobili i próbują rekompensować straty (w moim wypadku było to smutne spojrzenie skierowane na kota; nie przejął się tym)? Życie toczy się do kolejnego momentu puszczenia nerwów..

Jarocin

Legendarny Jarocin w końcu urósł rangą na tyle abym mógł go zaszczycić moją obecnością. W końcu mogłem poznać kultowe miejsce, w którym walczono z systemem. Miejsce, które udowadnia, że punk wcale nie umarł.

Punki jako stworzenia zasługują na cały paragraf. Właściwie to wiedziałem kim, ideologicznie, są. Tutaj miałem okazję poczynić pewne obserwacje natury.. ogólnej. Pierwsze co mogę stwierdzić to tyle, że korzeniem drzewa ewolucyjnego punka jest zombie. Punk rozwinął wszystkie właściwości tej kreatury z tym wyjątkiem, że nie pożera mózgów (bo tych już dawno zabrakło). Dieta została zmieniona na fajki i alkohol. Najedzony punk z kontentem kontempluje okolice szukając możliwości do solidnego wyjebania Systemu. Ponieważ Jarocin, a właściwie miejsce imprezy, to pole pozostaje jedynie kontemplacja okolicy (chyba, że w polu można znaleźć jakieś elementy Systemu). Jeśli znudzi się swoim zajęciem, a nadal pozostaje najedzony przychodzi czas na powrót do formy pierwotnej – spania w stylu zwłok. Udaje im się to całkiem dobrze. Tak dobrze, że można posądzić okoliczną ludność o ludobójstwo.

Obserwacja punków była zdecydowanie najzabawniejsza. Bo poza tym reszta wydała się taka całkiem normalna. Pole namiotowe takie jak każde inne. Przenośne toalety tak samo śmierdzące. Ludzie różni, mało ciekawi (wyjątek – punk). Obszar koncertowy poprawny.

Główną gwiazdą, dla której przyjechaliśmy była kapela Within Temptation. Nie za bardzo pasowała duchem do imprezy. Nie byłem jednak skażony myślą anarchizmu, nie czułem się również w nastroju do jebania Systemu, także nie przejąłem się zbytnio tym brakiem dopasowania. Zespół nie zawiódł, a widząc reakcje pozostałych został przyjęty całkiem ciepło.

Poza nim było całe mnóstwo różnych wykonawców. Od pizd-hipsterów do thrashowych wymiataczy. Ogólnie pozytywnie.

Teraz z lekka ideowo, tudzież przemyśleniowo. Jarocin, w mej koncepcji, miał widnieć jako miejsce oporu władzy. Władzy w ogóle, a nie konkretnym opcjom. Miało być to miejsce buntu, a nie było żadnym z tych. Jedyny bunt jaki był obserwowalny to punki i ich mało szablonowe odzienie. Jedyną formą buntu jako takiego było pogo, oraz rzadkie przepychanki. Nie było mowy o buncie, bo impreza przestała być taką, która stoi wbrew idei partii.

To co było, jest, to impreza bazująca jedynie na legendzie dawnego Jarocina (na którym nie byłem). Nie wydaje mi się aby to nadal była mekka punkowców i ideowego oporu. Jeśli chodzi o całokształt ta impreza jest po prostu komercyjnym przedsięwzięciem. Takim z miasteczkiem piwnym, biletami wstępu, ochroną, oraz wielką organizacją. To nie jest spontanicznie zebrana banda debili, która szarpie struny i ryczy w polu.

Oczywiście duch dawnej rewolty gdzieś wisiał. Tworzyły go martwe punki, pijące punki, kontemplujące punki. Jednak, to zdecydowanie nie jest tym co było dawniej. Ten duch utopił się masówce. Stworzono imprezę, na którym zaprasza się wielkie gwiazdy, które z kolei sprowadzają swoich fanów.

Miałem koncepcję. Przybyłem z tą koncepcją i przekonałem się, że była zwyczajnie głupia. Czasy buntu się skończyły i tak jak one uległy zmianie, tak również stało się z tą imprezą. Koncepcyjnie dostałem po dupie. Po raz kolejny nauczyłem się, że do pewnych rzeczy (właściwie to wszystkich) powinno się podchodzić bez wyobrażeń.

Bo gdybym przyjechał na Jarocin bez wymysłów widziałbym dobrze zorganizowaną imprezę. Wspaniałe koncerty, oraz możliwość odpoczynku. Dodałbym też, że skakałem do tego co grano, piłem na trawce i smarkałem błotem. I naprawdę tak było. Bawiłem się dobrze. Tylko ta jebana koncepcja.

Happy Flat

To już prawie tradycja, że co rok zmieniam mieszkanie. Tym razem wystarczyło ~9 miesięcy aby powtórzyć przygodę. Zapuściliśmy się w nowe rejony – wybór padł na Gdynię.

Operacja przenosin była sprawna. Tydzień pakowania i 3 godziny przewożenia rzeczy. Ot prostota. Później tylko wypakowanie gratów, poprzedzone mozolnym sprzątaniem mieszkania.
Podczas tego zadania wyszło sporo mankamentów związanych z nowym mieszkaniem. Szafa się nie domyka, kawałek drewnianej improwizacji płyty gips-karton nie przylega do ściany, wszystko się klei itd.

Mieszkanie pamięta czasy Gomułki (czy tam innego Gierka). Widać* to choćby po stanie farby na ścianach w łazience. Nie jest to z resztą jedyna ciekawostka. W tej samej łazience płytki podłogowe pamiętają chyba czasy WW2, a te na ścianie przedstawiają różne stadia rozwoju kolonii bakterii (co ciekawe, żadna z tych płytek się nie powtarza). Jest pralka, która jest w stanie wykonać 1/4 prania z poprzedniego mieszkania.

Przechodząc do kuchni można zaobserwować cudowny przykład tłustego kurzu, oraz rozklejających się szafek. Oglądając zwisający na słowo honoru okap można zaobserwować kolejną ciekawostkę – ów okap nie jest połączony z kominem. Kolejna ciekawostka dotycząca tego miejsca – na ścianach wiszą, a właściwie są przyklejone obrazki. Same obrazki stanowią raczej nikłą rozrywkę estetyczną, ale sposób ich montażu jest cudowny. Widać, że biurowa ramka na zdjęcie i kropelka potrafi zdziałać cuda.

Ucieknijmy z tego miejsca. Są jeszcze dwa pokoje! Jest pokój dzienny. Ma telewizor, ładne ściany i nawet fajnie wygląda. Z jego okien widać wielki budynek Thomson Reuters. Poprzednia lokatorka zostawiła cudowne zasłony (prezent od mamy!), które przyczyniły się do spłodzenia jej dziecka (doprawdy nie chcę znać dalszych szczegółów).
Ostatni pokój to nasza graciarnia. Czerwonawe coś z wielką prawie sprawną szafą. Z tej strony mamy cudowny widok na.. inny blok.

Po drobnych poprawkach (dokonanych i tych planowanych) mieszkanie jest całkiem przyjemne. Tylko.. trzeba uważać na inwigilację. Z jednej strony do okien zaglądają nam pracownicy biurowca, z drugiej przygląda nam się lokalna komuna. Właściwie to nie przeszkadza w zmianie gaci dopóki żyje się w błogiej nieświadomości.

Ach tak, zapomniałem o jeszcze jednej rzeczy. Mamy nowego lokatora. Nazywa się Behemoth i jest kotem.

To jest ostatnie mieszkanie, które wynajmuję. Następnym razem (czyli zgodnie z tradycją będzie to za ok rok) wracam do domu rodzinnego, lub kupuję własne mieszkanie.

* opis mieszkania (celowo pisany w czasie teraźniejszym) przedstawia mniej więcej stan z daty wprowadzenia. Teraz jest zupełnie zajebiście

Znowu o włosach

Jako sumienny pracownik postanowiłem przyjść do pracy z godzinnym opóźnieniem. Fuck the system co nie? Przygotowałem się i wyruszyłem w podróż na kolejkę. Postanowiłem zaszaleć i obrałem tą samą trasę co zawsze. Z reguły ulica, którą wędruję jest pusta. Tym razem tak nie było. Idąc widziałem kątem oka, że ktoś za mną idzie. Z początku nie przejmowałem się tym, ale ciekawość zwyciężyła. Obróciłem się. Nikogo nie było. To moje włosy mnie śledziły.

Właściwie nie dziwię się im. Od ostatniego czasu trochę im się przyrosło. Znowu są długie, czułkowate i nader chętne do headbangowania (kolokwialnie: chce się nimi napierdalać ^^). Właściwie nadchodzi moment, kiedy to zaczną przychodzić pierwsze kryzysy. Znowu najdzie mnie myśl ich ścięcia i bycia słodką piętnastką (wszyscy zgodnym chórem twierdzą, że krótkie włosy odejmują mi lat). Tym razem przygotowałem się na taką ewentualność. Specjalnie się spłukałem aby nie mieć pieniędzy na fryzjera. Dodatkowo wyposażyłem się suple co by przypadkiem nie wypadały mi całe kłaki z głowy.

Jestem gotów na hodowanie! Cel taki sam jak dawniej: dredy, aby zostać prawdziwym metalowym rastamanem \m/

Cybernetyczna długowieczność

Solenizantom obchodzącym co najmniej setne urodziny zadaje się pytanie o sekret długowieczności. Recepty są proste: kontrolowany alkoholizm, krzyżówki pod prysznicem, trzy kilogramy ziemniaków na śniadanie, lub po prostu doby humor. Oczywiście nie zaszkodzi do tego dodać zdrowego odżywiania, trybu życia i ogólnie rozumianego życia w zgodzie z naturą. Jednak czy są inne sposoby na długowieczność? Ostatnio rozmyślałem troszkę o tym w kontekście wampiryzmu. Teraz przyszła kolej na długowieczność w wersji digitalnej.

Załóżmy, że uda mi się przepchnąć całe swoje jestestwo przez kabelek i wyląduję w rzece Internetu. Jak to będzie? Czym będę? Czy będę świadomością lecącą po fali informacji? Będę przemierzać węzły brzegowe każdej dostępnej sieci, aby później skakać sobie po urządzeniach mobilnych? A może będę próbował wrobić kolejne osoby w teście Turinga?

Zastanawiałem się jak by się odnieść do takiej możliwości z kontekstu wiary. Gdzie byłby bóg w świecie stworzonym przez człowieka? Czym tak naprawdę byłaby rzeczywistość wirtualna gdyby mogli w niej przebywać ludzie?

Czy taka alternatywa byłaby w ogóle interesująca? Wieczne szwędanie za informacją wcale nie wydaje się być atrakcyjne. Tym bardziej, że moja elektryczna istota byłaby zależna od czynników, na które nie miałabym wpływu (ot choćby rachunki za prąd). Czy jako elektron odczuwałbym upływ czasu? Jeśli nie to nawet nie byłbym świadom swojej długowieczności.

Chyba jednak poczekam i umrę jako człowiek.

Jest takie miejsce

Jest takie miejsce w wszechświecie, w którym jest taka planeta, na której jest takie państwo, w którym jest takie miasto, które ma takie mieszkanie, w którym jest kanapa. Kanapa jakich wiele, a jednak kanapa wyjątkowa. Jest to kanapa, na której śnię.

Zazwyczaj sny moje są marnej postury. Są na tyle malutkie, że o nich zapominam zanim się skończą. Tylko nieliczne są dopakowane sterydami. Jednak ta kanapa jest inna. Ma moc. Wystarczy pięć minut leżenia z zamkniętymi oczami, a bohaterowie wśród snów atakują moją głowę. Są realne. Tak bardzo, że mam płytki oddech, a obrazy są rzeczywiste. Tak bardzo, że jestem świadom tego, że śnię. To jest tak piękne, że czasami nie chcę opuszczać koszmaru, który mnie nawiedza w niektórych z TYCH snów.

Nie pamiętam tych snów. Nie wiem o czym były. Wrażenia. One są najmocniejsze. Nie liczy się co się śniło. Liczy się to wrażenie jakie przychodzi na samą myśl o zapomnianym śnie. Tylko na tej kanapie.