Archive | Przemyślenia RSS for this section

Katharsis

Katorga Alkoholowej Chwili, Katatoniczny Atak Czkawki, Kosmiczna Apopleksja Cieśli, lub też zwykły prosty KAC. Już raz o nim pisałem. Co najmniej raz był on powodem do zaprzestania mojej przygody z alkoholem.

Tym razem odkryłem drugą naturę kaca. Doznałem oczyszczenia. Bo jak inaczej nazwać mechanizm drastycznej regulacji toksyn w organizmie? Jednak ja nie o tym. Natura dobrze radzi sobie z takimi problemami. Wyłączy większość kluczowych funkcji organizmu, tylko po to aby pozbyć się trucizny. Skutkiem ubocznym są wszelkiego rodzaju cierpienia natury psychicznej.

Tym razem zrozumiałem jednak, że to cierpienie przynosi oczyszczenie. Bo jak inaczej można nazwać mechanizm w którym wszystkie problemy znikają na dalszy plan? Nagle wszystko co dręczyło przestaje mieć znaczenie. Ważna jest ta krótka chwila cierpienia, a po niej przychodzi jeszcze większa radość. Czyż tak nie powinno być ze wszystkimi problemami jakie napotykamy w życiu? Wygląda na to, że kac w sensie metaforycznym, może przynieść ulgę od spraw bieżących.

Co prawda kac jedynie oddeleguje problemy na później, ale przynosi pewne zrozumienie – każdy z tych problemów traci na znaczeniu w obliczu poalkoholowego zabójcy.

Ps. jako wujek dobra rada polecam (po ustabilizowaniu pracy żołądka) wypicie hektolitrów przesłodzonej herbaty.

Paradoks zwyrola

Behemoth przełączył patrzałki w tryb otchłani. Oznaczało to nic innego jak preludium do burzy, która miała nastąpić. Kot, gdy leniwy, jest mało ruchawy. Jednak kiedy gałki ma czarne, idealnie czarne, łapie każdy detal. Łapie dosłownie, nie w przenośni. Potrafi złapać detal spadający z biurka znajdującego się w drugim pokoju. Potrafi z kanapy zrobić poligon. Potrafi.. no cóż, imię zobowiązuje, zrobić piekło.

Przygotowaliśmy podręczny zestaw anielski (czyt. anty-piekło) – atomizer (takie coś co psika mgiełką; fajna nazwa co nie?) z roztworem wody i cytryny. Ponoć to odgania zwierzaka. Ponoć to go przeraża. Czasami tak nawet jest, ale w ogólności broń jest skuteczna na ok. 5 minut. Później kot wraca do realizacji zniszczenia.

I tak ponownie postanowił zaatakować jakiś ciekawy detal. Tym razem były to kable od komputera. Tym razem nie miałem zestawu anielskiego. Tym razem straciłem cierpliwość. Złapałem szatana i go zbiłem, po czym rzuciłem przez pokój. A później zrobiło mi się żal tej decyzji.

I wtedy zrozumiałem pewien paradoks. Przypomnieli mi się zwyrole, którzy mają rodziny, które wykorzystują do treningu bokserskiego. Może oni mają podobną sytuację? Puszczają im nerwy do tego stopnia, że używają siły. Jednak później żałują tego co zrobili i próbują rekompensować straty (w moim wypadku było to smutne spojrzenie skierowane na kota; nie przejął się tym)? Życie toczy się do kolejnego momentu puszczenia nerwów..

Cybernetyczna długowieczność

Solenizantom obchodzącym co najmniej setne urodziny zadaje się pytanie o sekret długowieczności. Recepty są proste: kontrolowany alkoholizm, krzyżówki pod prysznicem, trzy kilogramy ziemniaków na śniadanie, lub po prostu doby humor. Oczywiście nie zaszkodzi do tego dodać zdrowego odżywiania, trybu życia i ogólnie rozumianego życia w zgodzie z naturą. Jednak czy są inne sposoby na długowieczność? Ostatnio rozmyślałem troszkę o tym w kontekście wampiryzmu. Teraz przyszła kolej na długowieczność w wersji digitalnej.

Załóżmy, że uda mi się przepchnąć całe swoje jestestwo przez kabelek i wyląduję w rzece Internetu. Jak to będzie? Czym będę? Czy będę świadomością lecącą po fali informacji? Będę przemierzać węzły brzegowe każdej dostępnej sieci, aby później skakać sobie po urządzeniach mobilnych? A może będę próbował wrobić kolejne osoby w teście Turinga?

Zastanawiałem się jak by się odnieść do takiej możliwości z kontekstu wiary. Gdzie byłby bóg w świecie stworzonym przez człowieka? Czym tak naprawdę byłaby rzeczywistość wirtualna gdyby mogli w niej przebywać ludzie?

Czy taka alternatywa byłaby w ogóle interesująca? Wieczne szwędanie za informacją wcale nie wydaje się być atrakcyjne. Tym bardziej, że moja elektryczna istota byłaby zależna od czynników, na które nie miałabym wpływu (ot choćby rachunki za prąd). Czy jako elektron odczuwałbym upływ czasu? Jeśli nie to nawet nie byłbym świadom swojej długowieczności.

Chyba jednak poczekam i umrę jako człowiek.

Mój przyjaciel wampir

W moim urojonym świecie mam przyjaciela wampira. Teodor jest wiekowym gentlemanem. Jak na prawdziwego gentlemana przystało podczas naszej pierwszej wizyty zwrócił się do mnie z pytaniem czy życzę sobie przemianę w wampira. Wspominał też o tym, że będę musiał żywić się wyłącznie krwią, co mnie jako małe dziecko dość mocno odstraszyło. Zainspirowany jego sposobem bycia oznajmiłem mu, że ta propozycja nie wydaje się być dla mnie dość atrakcyjna i szczerze podziękowałem. Widząc jednak zawód na jego twarzy szybko dodałem, że zastanowię się nad tym i dam mu znać.

Udało mi się nieco pocieszyć Teodora. W ten oto sposób zyskałem przyjaciela, który co jakiś czas odwiedzał mnie i ponownie składał swoją propozycję. Trzeba przyznać, że jego oferta jest dość szczodra – życie wieczne za parę niedogodności.

Ciało wampira nie starzeje się. Jeśli tak jest to kiedy powinienem wybrać moment na przemianę? Czy powinienem zrobić to jako dziecko? Pozostałbym niewinną istotą ze wzrokiem obarczonym jarzmem wieków. A może powinienem z tej oferty skorzystać teraz, kiedy ciało moje jest całkiem młode? Mógłbym korzystać z wszelkich uciech jakie oferuje ten świat. Co by się stało gdyby one mi się znudziły? Pozostaje jeszcze trzecia opcja – przemiana w zaawansowanym wieku. Czy strach przed śmiercią zmusiłby mnie do takiego posunięcia? Czy byłbym w stanie znieść fakt oglądania przez wieki starczego, schorowanego ciała zamkniętego w pułapce czasu?

Na szczęście Teodor jest zmyślony, także umrę sobie spokojnie bez zastanawiania się co bym robił z kilkusetletnim kacem życia.

Dam ci jedno takie słowo

Filmowy ojciec rzuca filmowemu synowi znaczący filmowy cytat. Cytat tak ważny, że w urojonym życiu aktora przewija się przez cały film. To słowem wstępu. Twoje zadanie polega na tym aby zabawić się w filmowego ojca i zastanowić się jak brzmiałby Twój znaczący filmowy cytat.

Może rzucić banałem typu “jesteś zajebisty”. A może trzeba się pofatygować i sięgnąć po podręczny słownik człowieka patetycznego® i spróbować tekstu typu “za Tobą pójdą miliony”? Jakie słowa mogłyby być dla młodego człowieka na tyle ważne aby je zapamiętał? A może to kwestia chwili, a nie słów?

Nie pamiętam aby ktoś pozostawił mi w głowie znaczący filmowy cytat. Właściwie to nie ma takiego zdania, które przewija się przez film mojego życia. Chyba będę musiał sam se jebnąć motyw przewodni.

Rzecz nowa o samotności

Będzie o samotności. I łódce. Zacznę jednak od początku. Samotność nie jest dla mnie czymś nowym. Miałem z nią kilkukrotnie do czynienia, raz czy dwa o mało się pochlastałem (oh poor emo boy). Oswoiłem się z nią, przyzwyczaiłem się do niej, czasami nawet za nią tęsknię. W każdym razie wydawało mi się, że wiem o niej dużo.

Teraz będzie o łódce. Wyobraź sobie łódkę (niech to będzie coś większego, np. żaglówka). Płyniesz na niej z grupą wspaniałych osób. Dogadujesz się z nimi bez problemu, stanowicie całkiem dobry zespół. I nagle z całego zespołu zostajesz tylko Ty. Sam jeden na tej zasranej łódce.

O takiej samotności chciałem powiedzieć. Nie jest to samotność związana z odejściem partnera. Nie jest to samotność związana z długotrwałym przebywaniem z dala od ludzi. Możliwe, że to w ogóle nie jest samotność.

Czy już domyślasz się, że łódka była metaforą? Zespół istniał. Pracował w tym samym biurze, każdej z tych osób poświęciłem ileś czasu. Teraz nie ma nikogo z tego składu.

Nie, to nie jest samotność. To jest ta głupia pustka jaką ludzie pozostawiają po sobie. To często idzie w parze z samotnością. Teraz jednak jest odczuwalna. Sprawia, że czuję się samotny. Mimo świadomości, że tak nie jest.

Po jakimś czasie przyzwyczaję się do wiecznej nieobecności tych osób. W końcu myśli o tych osobach pozostaną osamotnione i przepadną. Zwykła kolej rzeczy.

Tradycja

Tradycja jest usystematyzowanym dziwactwem jednej (lub wielu) osoby. To może być również dziwny rytuał osób, który występuje o określonej porze, a jego pochodzenie jest równie tajemnicze i niezrozumiałe co mop wsadzony do rury PCV. Jednakże takie coś jest i mimo swego paradoksu jest jednym z wielu spoiw relacji międzyludzkich.

Jest to sposób kiedy można się spotkać i wspólnie wykonać jakąś czynność (np. wsadzić do rury PCV mopa), po czym upić się i cieszyć się z porządnie wykonanego zadania. Jeśli to jest cykliczne przyzwyczajamy się do tego, a później wmawiamy kolejnym pokoleniom, że jest to konieczne bo robili tak ich dziadkowie.

To jest po prostu fajne. Serio. Jest to jedna z tych rzeczy, które można wspominać. Wspólne niedzielne obiady, których nieformalną tradycją stała się kłótnia o kazanie księdza, czy też wieczorne wyprowadzanie zwierzaka (np. chomika) razem z ojcem.

W moim domu również były tradycje. Niedzielny obiad to oczywista oczywistość. Z ciekawych tradycji jest poker. Od wielu lat (a nawet pokoleń) zbiera się ekipa, która dla przyjemności grywa sobie w pokera. Tego klasycznego. Udało im się nawet w ten proceder wciągnąć moją osobę.

Od czasu wyjazdu do wielkiego miasta pewną tradycją są ponowne wizyty w domu. Siadam sobie z mamą w kuchni, rozmawiam co i jak, a później z ojcem przy piwie oglądam kolejny durny film. Tradycją jest również oglądanie Jerry Springer Show. Robię to tylko gdy jestem w Chmielnie. Zazwyczaj po paru piwach (to też jest tradycją).

To są przyzwyczajenia. To mogą być uzależnienia. Mimo to jest to coś co dobrze się wspomina. Taka mała głupia rzecz, absurdalna rzecz, a potrafi wywołać po latach uśmiech. Jeśli masz jakieś regularne dziwności nazwij je tradycją i ciesz się z nich w przyszłości.

Przeszłość

To kim jestem, kim byłem i będę jest pewnym procesem. Procesem, który uwzględnia wszystko co się wydarza wokół mnie, choć w żaden sposób nie jest zdefiniowany. Zaryzykuję i stwierdzę, że ten proces w uproszczeniu opisuje pewna funkcja f(x), która wyraża “jakość” życia względem czasu. Na wykresie tej funkcji są zaznaczone wszystkie wzloty i upadki. Wszystkie ekstrema lokalne (czyli “górki” wzlotów i “dołki” upadków) są pewnymi punktami kulminacyjnymi (nazwę je kamieniami milowymi).

Pamiętam kamienie milowe. Nie pamiętam linii łączących kolejne punkty. Czy to znaczy, że były one bez znaczenia? Jednak to one doprowadziły do kolejnej zmiany w moim życiu. Czy w tym wszystkim chodzi o to aby odbijać się od kolejnych punktów, lecz zapominać drogę jaka do nich prowadziła? Czy zapamiętane punkty kulminacyjne wystarczą do tego aby decyzje podejmowane “na linii” były uważniejsze?

Dzień walenia w serce

Dzień świętego Walentego jest jednym z tych świąt, których idea jest dla mnie niezrozumiała. Nagle trzeba drugiej połowie pokazać więcej względów, bo to święto zakochanych. Oczywiście wszędzie czerwono, serduch cała masa. Aż dziwne, że ludzie po krzakach się nie ruchają z tej miłości.

To jest również dzień idealny dla desperatów. W końcu tylko dzisiaj Cherubinek może śmiertelnie postrzelić (oczywiście w sensie stricte romantycznym) dawnego partnera, tak aby skłonić go do powrotu. A jeśli nie anioł, to na pewno jakiś romantyczny gest wystarczy. Matematyka jest po stronie desperata – romantyczny gest + święto zakochanych = miłość*.

Byłem dzisiaj świadkiem podobnej akcji. I pomyśleć, że kiedyś zdarzyła mi się podobna sytuacja.

* desperat zapomniał o jednym: miłość = prawdziwa miłość – kłótnie – nieporozumienia – wyobrażenia – oczekiwania – …

Odi et amo

Łacińskie nienawidzę i kocham od dawna wydawało się sentencją zupełnie bezsensowną. Logiki w niej tyle co rosołu w łyżce barszczu. Dopiero niedawno zrozumiałem, że w tej sentencji drzemie pewna mądrość.

Prosty przykład – zima. Nienawidzę jej. Serio. Jest zimno, moje chude ciało jest mało odporne na chłód, a w dodatku niewiele pań chodzi z odkrytym dekoltem. No i te problemy z dotarciem na miejsce na czas. No i jeszcze odśnieżanie, rozładowany akumulator i ryzyko bycia “wymytym”. Nie lubię zimy. Nienawidzę.

Jednak, jest coś co w niej kocham. Kocham chodzenie po zamarzniętym jeziorze. Uwielbiam śnieg trzeszczący pod nogami. Lubię ten chłód, który przenika wszystko, a jednak nie sprawia, że jest zimno (pardon za  moją ignorancję, ale to chyba ma jakiś związek z wilgotnością powietrza).

Prawdziwie odi et amo. Sentencja, która pokazuje, że ludzie są nielogiczni. Haczyk polega na rozumieniu. Jeśli mam to zdanie odbierać dosłownie to naprawdę nie dojdę do żadnych sensownych wniosków. Jednak zrozumiałem, że tu nie chodzi o dokładne rozumienie. W tym wypadku kochać to suma wszystkich pozytywnych cech, które wiążemy z daną osobą/zjawiskiem/rzeczą. Nienawidzić to po prostu suma negatywów. Jeśli jedna z tych cech zdecydowanie ma przewagę ustalenie własnych uczuć jest proste.

Gorzej jeżeli sumy pozytywów i negatywów są sobie mniej więcej równe. Właśnie wtedy dochodzi do sprzeczności. Nienawidzimy za wszystkie złe rzeczy, kochamy za dobre. Ponieważ nie umiemy określić czego jest więcej oba uczucia się mieszają. Ponieważ to są naprawdę mocne uczucia gubimy się w nich i odczuwamy oba jednocześnie.

Dopiero czas i doświadczenie z nim płynące pozwoliły mi zrozumieć tą banalną prawdę. Ludzie jednak są interesujący.