Archive | Sennik RSS for this section

Sennik: Sowia mama

Miałem sówkę. Taką Hedwigę (wtajemniczeni wiedzą). Piękna, mała, bielutka. Zaczęła skrzeczeć i wyraźnie miała parcie aby do mnie podlecieć. Wyciągnąłem rękę, ptak na niej wylądował i posadziłem go na ziemi. Po chwili moja sówka urodziła trzy koty. Jeden był nawet do niej podobny.

Dzieci listonosza? Toksoplazmoza in progress.

Jest takie miejsce

Jest takie miejsce w wszechświecie, w którym jest taka planeta, na której jest takie państwo, w którym jest takie miasto, które ma takie mieszkanie, w którym jest kanapa. Kanapa jakich wiele, a jednak kanapa wyjątkowa. Jest to kanapa, na której śnię.

Zazwyczaj sny moje są marnej postury. Są na tyle malutkie, że o nich zapominam zanim się skończą. Tylko nieliczne są dopakowane sterydami. Jednak ta kanapa jest inna. Ma moc. Wystarczy pięć minut leżenia z zamkniętymi oczami, a bohaterowie wśród snów atakują moją głowę. Są realne. Tak bardzo, że mam płytki oddech, a obrazy są rzeczywiste. Tak bardzo, że jestem świadom tego, że śnię. To jest tak piękne, że czasami nie chcę opuszczać koszmaru, który mnie nawiedza w niektórych z TYCH snów.

Nie pamiętam tych snów. Nie wiem o czym były. Wrażenia. One są najmocniejsze. Nie liczy się co się śniło. Liczy się to wrażenie jakie przychodzi na samą myśl o zapomnianym śnie. Tylko na tej kanapie.

Sennik: Demon

Czy demon może występować w ludzkiej postaci? Pewnie może. Mój pojawił się jako jedna z byłych. Ruda małpa próbowała mnie zniszczyć poprzez zazdrość. Miała pojemniejszy (2.5 TiB) dysk twardy..

Sennik: Zombie tata

Stało się to co musiało – zmarło się mojemu ojcu. Zgodnie ze zwyczajem ostatnie dni miał spędzić w trumnie, zabalsamowany, w domu. Tam oczywiście ludzie mieli go opłakiwać itd. W dopełnieniu tradycji zaczęła przeszkadzać jedna rzecz. Ciało ojca dostało drgawek, które później przeszły w konwulsje. Znajomi w piśmie (i innych naukach) twierdzili, że to wynik jakiś “stężeń pośmiertnych”. Widok był niecodzienny, wręcz odpychający ale jakoś się z tym pogodziliśmy.

Wtem, któregoś dnia z kolei, zjawił się nieznajomy, który słyszał o naszej niedoli. Doszedł on do wniosku, że skoro ojciec nie żyje to nie będzie potrzebny nam jego samochód i chciał go odkupić. Chwilę się kłóciliśmy aż tu nagle ospałym krokiem pojawił się tata. Właściwie to co z niego zostało, ponieważ było to coś na wzór filmowego zombie.

Najwyraźniej pasja do targowania się z ludźmi zwyciężyła ze śmiercią i tata-zombie próbował w języku zombie wynegocjować odpowiednią cenę. Pamiętam jedynie, że widząc jego marną namiastkę chciałem za wszelką cenę powiedzieć mu kocham Cię tato, z nadzieją że dotrze to gdzieś do jego duszy błądzącej po świecie.

Łajpd

Ciecz moich myśli była mocno zanieczyszczona. Zamiast normalnej zawiesiny pojawiły się plugastwa, które drastycznie obniżyły jakość trunku. Poziom złych myśli w pewnym momencie osiągnął stan krytyczny, który odebrał mi wszelkie chęci do dalszego funkcjonowania. Odbiło się to głównie na moim ciele. Słaby umysł to i ciało chorowite. Wolny weekend, alkoholowy filtr i odrobina medytacji pozbyły się szkodliwej zawartości i przywróciły stan równowagi.

Jak to bywa, gdy jedno zmartwienie odejdzie przychodzą kolejne. Tym razem bardziej konkretne problemy, rzeczy z którymi mogę sobie poradzić. Zauważyłem spadek motywacji, oraz pewien brak pewności własnych umiejętności. To drugie jest pewnie tymczasowe, także nie zwracam na to zbytniej uwagi. Z motywacją jest nieco gorzej. Zadowalam się teoretycznym rozwiązaniem problemu, brakuje potrzeby wdrażania go w życie. Muszę objąć jakąś strategię jak sobie z tym dziadem poradzić.

Ostatnio miałem sen. Początkowo myślałem, że to serdeczny żart mojej podświadomości. Dopiero w trakcie destylacji cieczy uzmysłowiłem sobie, że mógł on coś oznaczać. Śniło mi się, że jadę samochodem. Jechałem szybko i w pewnym momencie chciałem zwolnić. Hamulce nie reagowały, także postanowiłem hamować silnikiem. Im mniejszy bieg wrzucałem tym szybciej samochód zaczął jechać. Jak mam traktować ten sen? W moim rozumieniu to już teraz pracuję na wysokich obrotach, a zwalnianie nie ma sensu. Co więcej, najwyraźniej sam się przed tym wzbraniam. Natomiast gdyby faktycznie zwolnić to zapierdol życia przejdzie do prędkości absurdalnej. Paradoks? A może trzeba to zwolnienie traktować jako konieczność rozpatrzenia na spokojnie spraw absolutnie ważnych, których rozwiązanie przyczyni się do dalszego rozwoju (lub też zmian)?

Ten weekend był czystką na poziomie duchowym. Wprawdzie bilans zysków i strat trosk wydaje się być bez zmian to mimo wszystko było to mi potrzebne. Następny weekend będzie czystką fizyczną. Dwa koncerty, na których nie zamierzam się oszczędzać. Rozładowanie zgromadzonej energii w ciele również jest potrzebne.

Sennik: Ucieczka

Uciekałem. Przed kimś z “klamką”. Uciekałem tylko po to aby nagle teleportować się do rodzinnego domu i zostać uwięzionym przez tych co mnie gonili. Na szczęście znałem parę sztuczek Mak Gajwera i uwolniłem się. Zastosowanie napalmu wlanego do prezerwatywy i ułożenie go wzdłuż ściany potrafiło dokonać cuda (rzecz jasna po podpaleniu lontu ze sznurówek). No i znowu uciekałem.

Śmierć okazała się być po raz kolejny głównym aktorem mojego snu. Podczas ucieczki zdaje się, że nawet kogoś zabiłem. Co do techniki nie jestem pewien, ale dla urozmaicenia możemy przyjąć, że zastosowałem chwyty Stiwena Sigala. Moja ponowna ucieczka doprowadziła na jakąś budowę, gdzie w pewnym momencie wpakowałem się do miejsca, z którego nie można było się cofnąć.

Jedynym rozwiązaniem był skok w dół, który pewnikiem skończyłby się śmiercią. Ja jednak z pewnością Neo postanowiłem się rzucić w dół próbując się w locie łapać wszystkiego co mogło pomóc (przez chwilę to nawet chciałem z impetem robić rękoma dziury w ścianie i łapać wyrwy). Genialny pomysł zakończył się śmiercią, tym razem moją. Była ona chyba poważna, bo rano okazało się, że moja poduszka była pod nogami.
Po tej raczej mizernej śmierci nastąpiło cofnięcie akcji. Mogłem przeanalizować to czego dokonałem i wybrać alternatywną formę ucieczki.

Paradoksalnie senniki w tej sytuacji wróżą nawet coś dobrego. Wierzę im w tym samym stopniu co zapowiedziom końca świata. Moja skromna teoria mówi, że nastąpiło jakieś oczyszczenie. Umarła cząstka “mnie”. Możliwe, że jest to zapowiedź zmian.

Wiem natomiast jedno, nie lubię takich snów. Zwłaszcza gdy po nich tracę jedyną miękką rzecz na której mógłbym położyć głowę.

Sennik: Dwa sny, w dwóch zdaniach

Sen pierwszy: spotkałem lamę Ole Nydahla, przypominam sobie, że powiedział do mnie: jaki piękny facet

Sen drugi: przewija się od jakiegoś czasu, a mianowicie śni mi się, że nie ważne jak mocno docisnę pedał hamulca to samochód i tak zatrzymuje się na tyle powoli, aż w kogoś wjeżdżam..

Sennik: Smród

Wychodziłem z pokoju gdy poczułem smród. Nawet się nie zdziwiłem, w końcu ten mały kotek, który gdzieś tam gonił te myszki musiał narobić kupę. Rozpoczęły się poszukiwania..

Po obudzeniu potrzebowałem jakiś 2 minut aby pojąć, że nie mam żadnego kotka..

Sennik: Projektowanie BMW

Nasza grupa miała zająć się zaprojektowaniem nowego modelu BMW. Do tych celów postanowiliśmy skorzystać z wizualizacji samochodu podczas medytacji. W trakcie medytacji miało dojść do połączenia się osób biorących udział w przedsięwzięciu. Kolektywistyczny umysł miał dokonać opracowania nowego projektu.

Mnie oczywiście coś musiało się przytrafić i jakimś cudem musiałem stać przed barakiem (w którym odbywała się medytacja) i chronić go przed jakimiś stworami (nawet nie wiem dokładnie co to było). W jakiś sposób udało mi się uporać z problemem. Po wszystkim wróciłem do baraku aby pomóc grupie. Niestety nie udało mi się dokonać “połączenia”, o czym nie wiedziałem. Nieświadomie zacząłem składać moje BMW w całość. Troszkę z Malucha, trochę z Corvette. Wyszedł czołg bez lufy, z przyciemnianymi szybami i “rekinkiem” na dachu. Jeździłem nim w świetle zachodzącego słońca.

Sennik: Bermudy

Byłem na Bermudach. Za bardzo nie wiem w jakim celu. Wczasy to chyba nie były. W każdym bądź razie płynę sobie przed siebie aż tutaj na środku oceanu widzę “właz”. W sumie to były takie kwadratowe drewniane drzwiczki, otwarte. Wejście było idealnie w bezruchu. Pomimo fal cały czas stało w miejscu. Z ciekawości spojrzałem przez ten właz. Ku mojemu zdziwieniu ujrzałem.. wodę. W sumie to ten właz nigdzie nie prowadził, po prostu sobie był utwierdzony pośrodku oceanu.

Olałem tajemniczy właz do tego samego wymiaru i postanowiłem wracać na brzeg. Płynę sobie i nagle jak mnie nie sieknie melodia ze “Szczęk”!. Widzę w oddali jakiś czarny cień się zbliża. Myślę sobie nijak rekin musi być!. Płynę jeszcze szybciej i jakoś dobiłem do tego brzegu. Okazało się, że cień nie był rekinem, a gigantyczną mureną. W dodatku taką z nogami.

Poczwara wyłoniła się z wody. Najwyraźniej nie kwapiła się wyłazić na brzeg także jedyne co zrobiła to syknęła nienawistnie i zniknęła w odmętach oceanu.