Archive | Virtual life RSS for this section

Tradycja

Tradycja jest usystematyzowanym dziwactwem jednej (lub wielu) osoby. To może być również dziwny rytuał osób, który występuje o określonej porze, a jego pochodzenie jest równie tajemnicze i niezrozumiałe co mop wsadzony do rury PCV. Jednakże takie coś jest i mimo swego paradoksu jest jednym z wielu spoiw relacji międzyludzkich.

Jest to sposób kiedy można się spotkać i wspólnie wykonać jakąś czynność (np. wsadzić do rury PCV mopa), po czym upić się i cieszyć się z porządnie wykonanego zadania. Jeśli to jest cykliczne przyzwyczajamy się do tego, a później wmawiamy kolejnym pokoleniom, że jest to konieczne bo robili tak ich dziadkowie.

To jest po prostu fajne. Serio. Jest to jedna z tych rzeczy, które można wspominać. Wspólne niedzielne obiady, których nieformalną tradycją stała się kłótnia o kazanie księdza, czy też wieczorne wyprowadzanie zwierzaka (np. chomika) razem z ojcem.

W moim domu również były tradycje. Niedzielny obiad to oczywista oczywistość. Z ciekawych tradycji jest poker. Od wielu lat (a nawet pokoleń) zbiera się ekipa, która dla przyjemności grywa sobie w pokera. Tego klasycznego. Udało im się nawet w ten proceder wciągnąć moją osobę.

Od czasu wyjazdu do wielkiego miasta pewną tradycją są ponowne wizyty w domu. Siadam sobie z mamą w kuchni, rozmawiam co i jak, a później z ojcem przy piwie oglądam kolejny durny film. Tradycją jest również oglądanie Jerry Springer Show. Robię to tylko gdy jestem w Chmielnie. Zazwyczaj po paru piwach (to też jest tradycją).

To są przyzwyczajenia. To mogą być uzależnienia. Mimo to jest to coś co dobrze się wspomina. Taka mała głupia rzecz, absurdalna rzecz, a potrafi wywołać po latach uśmiech. Jeśli masz jakieś regularne dziwności nazwij je tradycją i ciesz się z nich w przyszłości.

#debataACTA

Tak jak internet bogaty, tak kolorowo było na dzisiejszej debacie. Ludzi było sporo, a większość z nich wyglądała tak jakby była z łapanki. Do rzeczowej dyskusji przychodzili ludzie w dresikach, sweterkach i cardiganach z dekoltem (szkoda, że to kobiety ich nie nosiły). Przychodzili dojebać, podyskutować, manifestować (ruch Oburzonych, wtf?), lub zwyczajnie fantazjować (niczego innego nie spodziewałem się po pierwszym trollu polskiej sieci).

Zapomnieli tylko o tym, że mieli reprezentować coś więcej niż swoje interesy. Zapomnieli, że aparycja menela* (bo jak inaczej można nazwać spotkanie z premierem w dresie?) nie pomoże w poważnym przyjmowaniu argumentów. Zapomnieli o tym, że z ich strony powinna iść jakaś wspólna myśl.

Nie udało się. Każdy czepiał się czegoś innego (jedni ZAiKSu, inni GMO, ktoś jeszcze problemów ISP itd). Każdy chciał powiedzieć jak fajnie jest korzystać z internetu, lub jak bardzo myli się premier. A ten cierpliwie ich słuchał, po czym łoił niczym niesfornego bachora.

Fajnie, że wykorzystano Twittera/IRCa/FB. Szkoda tylko, że to było publicznie emitowane w telewizji. To była popisówka, a nie poważna debata. Takie coś powinno się odbyć w zamkniętym gronie, a nie przy grupie pospiesznie zebranych ludzi. Ta dyskusja powinna być rzeczowa, a nie walką słowną i medialną zagrywką.

Po czterech godzinach przysłuchiwania się tej debacie odniosłem wrażenie, że skutecznie wkurzono premiera, a ten po raz kolejny wydawał się być lepiej przygotowany niż zebrani goście. Nie znaczy to, że miał rację we wszystkim co mówił. Właściwie ta debata nie była potrzebna – premier postawił sprawę jasno – nie wycofa się z podpisanej gotowości do ACTA. Jedyne co można zrobić to zadbać o to czy w przyszłości ten dokument zostanie podpisany czy nie (AFAIR to właśnie taką sytuację premier dopuszcza). Niestety było tak jak ostatnio.

A może jednak coś ta debata zmieniła? Może coś ruszyło i jest szansa, którą trzeba wykorzystać? Pytanie tylko, czy po stronie “internetowej opozycji” uda się zebrać merytorycznie mocną grupę osób, która mogłaby reprezentować nasz wspólny interes? Nie wyobrażam sobie aby ta sama zbieranina (co miała okazję uczestniczyć w debacie) miała w późniejszym czasie brać udział w konsultacjach..

Myślę, że dzisiejsze wydarzenie mógłbym wyrazić w paru prostych zdaniach. Niestety nie byłyby one za bardzo cenzuralne. Z mojego punktu widzenia oberwałoby się wszystkim.

* żeby nie było – na szczęście byli też tacy co wiedzieli jak się ubrać. O dziwo byli o wiele bardziej konkretni w swoich wypowiedziach. A może to był po prostu efekt jaki spowodował ich wizerunek?

Facebook self ban

Czy bez Fejsa można w ogóle żyć? Przecież zajmuje on większość mojego czasu.. No właśnie, w tym jest problem. Głupia aplikacja, która miała ułatwić kontakt z przyjaciółmi pożera mi większość czasu, który mógłbym poświęcić im samym.. Do tego dochodzi ta durna choroba sprawdzania, czy nie ma czegoś nowego. Efekt? Gapienie się na Walla, durne lajkowanie statusów i jeszcze większy no-life..

Decyzja porzucenia FB nie była wcale taka łatwa. Ostatnim argumentem, dla którego ciągle korzystałem z konta była.. synchronizacja zdjęć kontaktów na telefonie.

Jednak powodów do zostawienia tego portalu było więcej:

  • strata czasu – najważniejszy powód
  • zidiocenie – nie tylko moje
  • za duże ułatwienie – preferuję kontakt osobisty niż wirtualny (zwłaszcza z przyjaciółmi)
  • pogoń za niepotrzebnymi informacjami – ciekawe czy jest coś nowego… (2 minuty później) hmm może teraz coś ciekawego się pojawiło..
  • prywatność – wcale nie mam na myśli obaw przed tym co zrobi korpo FB; za dużo prywatnych rzeczy przewija się przez ten portal; wystarczy że ktoś zdobędzie dostęp do konta i zaczną się problemy

Póki co jestem na poważnym odwyku. Konto zostało zdezaktywowane, co oznacza, że pozostawiam sobie furtkę na powrót. Robię tak dlatego, że w przyszłości może mi się ono jeszcze przydać (do celów zawodowych, lub, o zgrozo, “socjalnych”). No i będę musiał raz na jakiś czas odświeżyć sobie mordki w kontaktach.

Z czasozjadaczy pozostawiam sobie soup.io, G+ (choć tam naprawdę rzadko zaglądam) i okazjonalnie JoeMonster.

Czas na odwyk.

Dla osób, które boją się, że mnie utraciły – są inne formy kontaktu:

  • e-mail – taka technologia sprzed lat. Uparcie nie chce umrzeć, a jest mniej wkurzająca niż migająca ściana
  • gg/jid
  • telefon

Pamiętajcie – to, że ktoś nie ma konta na FB nie oznacza, że umarł ;)

A propo ACTA/SOPA/PIPA

Internetowe akcje protestacyjne (nie mylić z Anonymous) są warte mniej więcej tyle co założenie “Solidarności” w Simsach. No sami powiedzcie – jaki wpływ na życie może mieć wirtualny protest?

Star Wars: The Force Unleashed 2

Po raz kolejny mogłem się wcielić w rolę Starkillera (głupszego imienia nie można mu było nadać?). Tym razem wyruszyłem na epicką podróż aby ratować dupę (w sensie kobietę). Problem tylko jest taki, że chyba-prawie-na-pewno-a-może-jednak-nie Starkiller jest klonem. Ta epicka rozterka sprowadza się do tego, że w wątku fabularnym nasz bohater co chwila zastanawia się czy faktycznie kocha babę, czy to jednak sobie wmówił. A, no i jest jeszcze Vader, który mówi mu, że to tylko urojenia.

Jako, że bohater jest klonem (lub sklerotykiem) po raz kolejny trzeba odkryć część technik Mocy. Odkrywane są one w momencie kiedy są potrzebne. Efekciarstwo używania Mocy wzrosło, ale wielu fajnych technik zabrakło (albo ja miałem za mało palców na dłoni aby wyprowadzić odpowiednie kombo). Tak naprawdę użycie Mocy ograniczyło się tylko do trzech technik (pardon my english) – push, lightning i saber throw. Reszta właściwie nie była za bardzo potrzebna. No, na upartego można powiedzieć, że jeszcze mind trick, który jest “pomocny” w finalnej walce.

Autorzy w swej kreatywności udzielili nam aż trzy mapy. No dobra, były to cztery mapy, ponieważ później niby wracamy na Kamino, ale jest rozszerzone o nowe miejsca. Zabrakło za to walk z Jedi/Sith (może dlatego, że zabiłem ich w pierwszej części gry?). Jako ich namiastkę wrzucono adeptów mieczy i adeptów Mocy. Nie wiem jak ich inaczej nazwać, w każdym bądź razie walki z nimi były nudniejsze niż krojenie kolejnego żołnierza Imperium.

Punktem kulminacyjnym gry są oczywiście walki z bossami. Było ich chyba kilka (dwie, a może cztery?). Oczywiście tak jak w poprzedniej części gry bossa nie można zabić inaczej niż wyprowadzeniem kombo.

Paradoksalnie ostatnia walka z samym Vaderem była najnudniejsza. Vader postanowił, że zaatakuje mnie moimi własnymi klonami. Moje własne klony podobnie jak adepci miecza i Mocy potrafią się posługiwać albo mieczem, albo Mocą. Walka była jakimś kuriozum. Niby miałem posługiwać się mind trickiem aby przekonać klony do walki z Vaderem. Tak więc przekonywałem z zapałem akwizytora hordy moich braci (?), a ci przez chwilę próbowali bić się z Vaderem. Ostatecznie skończyło się na tym, że sam ich wszystkich zabiłem (tak jest naprawdę szybciej) i w końcu mogłem walczyć z samym Vaderem.

Tak, walka z nim była totalnie epicka! Biegałem, krajałem mieczem i strzelałem sobie iskierkami, a Vader stał w miejscu! Ale jak on stał! Czasami tylko od niechcenia machnął mieczem przez co często leżałem na ziemi. Nie był to problem bo przez całą walkę miałem włączony tryb “force rage” przez co i tak w ciągu pięciu minut ubiłem mistrza. Walka z klonami zajęła jakieś 30 minut (zanim zorientowałem się, że lepiej ich zabić), a Vader wytrzymał jedynie 5 minut.

Jedyną fajną rzeczą była końcówka walki gdzie mogłem wybrać czy go zabić, czy oddać rebeliantom (wybór spod znaku dark side i light side). Wybrałem to drugie, po czym nie miałem już ochoty sprawdzać co by się stało gdybym wybrał ciemną stronę mocy.

Podsumowując. Się biega i macha mieczem. Czasami poświeci się mocą, a na końcu rozwali Vadera. Wszystko to w imię ratowania kobiety (Starkiller miał w dupie całą wojnę). Dorzucić do tego trzy (no dobra – cztery) mapy, wielką rozterkę pod tytułem “czy jestem klonem” i mamy hicior za 140zł, który udało mi się przejść w niecałe 12 godzin (gdzie gracz ze mnie żaden).

Miniblog: (nie)publiczne wideo

Korzystając z chwili nudy wpakowałem swe oczy na YouTube’a. Polecono mi jakieś ustrojstwo na głównej stronie to sobie je obejrzałem, po czym spojrzałem na “propozycje”. Moje wielkie zainteresowanie wzbudził film o kontrowersyjnej nazwie “wypierdalać”. Po wejściu na niego okazało się, że dobrałem się do filmu oznaczonego jako “niepubliczny”.

Nie wiem w jaki sposób YT proponuje filmy, ale najwyraźniej nie do końca szanuje naszą prywatność.
Pomyślałem, że może to kogoś zainteresować, a niedowiarkom pozostawiam mój arcygenialny screencast (dostępny o tutaj).

Mało konkretna relacja z FrontTrends 2010

Przygoda moja rozpoczęła się w środę. Jakoś po południu nadjechał mój pociąg, który tempem rakiety (po jakiś 7 godzinach) dojechał do Warszawy. Chwała panom kolejarzom, że wliczyli do rozkładu czas na postoje w szczerym polu dzięki czemu nie musiałem słyszeć o opóźnieniach.

Będąc w stolicy ok 22 doszedłem do wniosku, że to jest ponure miejsce. Bez większych problemów udało mi się odnaleźć tramwaj, który podwiózł mnie na umówione miejsce. Później wszystko poszło z górki. Przyjaciółka, która mnie odebrała pokazała mi gdzie mieszka. Od tego momentu mieszkanie na ulicy Litewskiej było moją bazą wypadową.

Pierwszy wypad był niespodziewany. Rozmyślając nad snem nagle telefon zadzwonił. Słuchawka przemówiła do mnie, że osoba na drugim końcu fali właśnie przyjechała na miejsce oraz szuka towarzystwa do piwa. Moją jedyną wątpliwością było to jak później wrócę. Na szczęście wyimaginowane opary alkoholu szybko rozwiązały moje wątpliwości. Tak więc już po północy rozpoczęła się pierwsza misja w stolicy – odnalezienie knajpy gdzie będzie można wypić piwo. Nie wiedzieć dlaczego okazało się to wyjątkowo skomplikowane.

Pierwszy wypad na piwo zakończył się dość późnym powrotem do mieszkania, oraz krótkim snem. Trzy godziny później trzeba było wstawać aby zdążyć na rejestrację na konferencję.
Oczywiście po raz kolejny pojawił się problem dojazdu. Tym razem rozwiązał go taksówkarz, który wykorzystał swoją wiedzę zamkniętą w czarnym pudełku z napisem “GPS”.

Konferencja odbywała się na uczelni PWSBiA, tej samej, w której zdemolowaliśmy pokój w akademiku jakieś parę lat temu. Trochę ciężko było znaleźć odpowiednie audytoria, na szczęście umiejętność zadawania podstawowych pytań (“gdzie ja kurna jestem?“) po raz kolejny przydała się.

Tak więc rozpoczął się pierwszy dzień konferencji FrontTrends. Przy rejestracji dostałem fajową smycz, opaskę i jakieś plastikowe coś. Zdaje się, że identyfikator. W sumie nie wiem do czego był potrzebny, w zasadzie ani razu się nie przydał. No może do tego abym mógł coś zawiesić na fajowej smyczy, która szpaniła na mej szyi.

Niestety na moje samopoczucie wpłynął pewien mutagen, zwany kacem, który w pewnym momencie utrudnił mi percepcję świadomości (inaczej mówiąc momentami przysypiałem ;) Ów mutagen został zniszczony w południe. Pokonała go zielona lasagnia. Zapewne te wodorosty miały jakieś antyciała czy cuś.

Pozostawmy kaca samemu sobie, wróćmy do konkretów. Prezentacje na których byłem okazały się być źródłem ogromnej wiedzy. Spikerzy są starymi wyjadaczami w prowadzeniu tego typu zabaw, dzięki czemu merytorycznie nie mogłem się do niczego przyczepić.
Po kilku godzinach wykładów nadszedł czas zakończenia dnia. Właściwie jego rozpoczęcia. Nie wiedzieć dlaczego, ale organizatorzy postanowili po pierwszym dniu zorganizować tzw afterparty. Nie żebym narzekał, wyleczony kac domagał się odrobiny czułości.

Wylądowaliśmy w klubie, którego lokalizacja była częściowo utajniona. Niby ulica znana, ale ja jako szary obserwator nie dostrzegłem niczego konkretnego. Przyczyną tego zapewne było to, że trzeba było przekroczyć bramę, a później to dziedzińczykiem prosto, na prawo, a później na lewo.
Lokal mimo swego ogromu był mały. Może było tak dlatego, że do owej małej przestrzeni przyczynili się ludzie, którzy postanowili swoimi ciałami wypełnić każdy milimetr kwadratowy przestrzeni. Na szczęście udało się znaleźć swoje pół metra, tak aby bez problemu stać w miejscu oraz wykonać figurę akrobatyczną – obrót o 360°.

Afterek żył swoim życiem, a ja walczyłem z barierą językową. To nie jest tak, że nie znam języka. Raczej świadomość tego na ile go znam przyczyniła się do mej niechęci. Na szczęście odpowiedni motywator sprawił, że w końcu i w tej kwestii się przełamałem. Poznało się kilka osób, pogadało się trochę. Trochę też się nie zrozumiało. Ciężko zrozumieć faceta, który mówi coś o technologiach webowych, aż nagle wspomina coś o nazistach. A może to po prostu wina złego akcentu, albo pewnej odmiennej rzeczywistości wywołanej przez motywator?
Dla mnie impreza skończyła się raczej szybko. W końcu odezwało się niewyspanie, oraz jego brat – zmęczenie.

Drugi dzień był całkiem podobny do pierwszego. Z tym wyjątkiem, że mutagenem zaraził się jeden ze spikerów, a nie ja. Przyznać trzeba, że owy spiker był naprawdę dzielny. Wprawdzie spóźnił się, ale udało mu się poprowadzić swój wykład. Co więcej zrobił to naprawdę dobrze, a pewne wpadki (które można nazwać humorem sytuacyjnym) sprawiły że atmosfera była naprawdę dobra.

Ponownie, te kilka godzin minęło strasznie szybko. Na szybko zorganizowano kolejnego afterka. Tym razem w bawarskiej knajpie mającej aspiracje na bycie czeską strefą eksterytorialną. Ponownie lokal duży, a jednak ciasno. Tym razem nie z powodu ludzi, a fatalnie zorganizowanego zagospodarowania przestrzennego. Na szczęście FrontTrendowcy to nie są stereotypowi informatycy – potrafią przesuwać krzesła, a nawet stoły.
Szkoda, że obsługa lokalu miała bardzo niską przepustowość myśli. Do tego te myśli były jedynie w języku polskim przez co trzeba było zatrudnić się w branży tłumaczy.
Nie będę wspominał o tym, że nastąpiła profanacja podczas nalewania piwa. I to nie raz.

Na obronę obsługi muszę powiedzieć, że również nie zależałoby mi. Przynajmniej nie po całodniowym treningu podnoszenia ciężarów jedną ręką. Widok pani, chucherka, z tacą wypełnioną kilkoma ogromnymi kuflami piwa potrafi wzbudzić litość.

Moja bariera językowa zupełnie została przełamana. W pewnym momencie odkryłem, że napotkałem inną barierę. Zapomniałem jak się mówi po polsku. Skutkiem tego było zwracanie się do obsługi po angielsku. Szczęście, że miało to miejsce w innym lokalu, ponieważ o północy oznajmiono delikatnie aby spierdzielać.
Zadziwiające, ale możliwe jest gadanie o technologii po kilku(-nastu?) piwach o godzinie 4 nad ranem.

Ostatni dzień (tj sobota) polegał na tzw. aktywnym wypoczynku. Jako że jestem typowym polskim patriotą w Warszawie (mimo tych kilkunastu lat na karku) byłem po raz pierwszy. Miałem okazję przejść się po starówce. Robi wrażenie. Ot takie coś, niby to stare, a jednak o niebo lepsze niż młodsze paskudztwa z ostatniego dwudziestolecia. Zaskoczyły mnie marmurowe tablice, z interaktywnym panelem. Nie wiedziałem, że matka natura zaczęła się interesować tak intensywnie branżą IT.
Podczas spacerku minąłem parę osób, które spotkałem na konferencji. Nie miałem czasu z nimi pogadać, ponieważ byłem w całkiem normalnym pośpiechu na pociąg.

Tym razem PKP nie zawiodło, pociąg miał opóźnienie. Podróż powrotna upłynęła w błogiej atmosferze nudy i sudoku. Atmosferę podgrzewała czasami pani, która do przechodzących pasażerów krzyczała, aby zamykali drzwi. Chodziło o drzwi automatyczne. Zapewne ta ich automatyka polegała na tym, że trzeba je było nauczyć jak otwierać i zamykać się. Niestety po kilku godzinach prób nadal nie udało się przyswoić tej wiedzy.

Poznałem wiele osób, chociaż co do niektórych to nawet nie wiem jak się nazywają. Rozmawiałem ze spikerami, wymieniliśmy sporo ciekawych spostrzeżeń. Z częścią z nich wymieniłem wizytówki. Zobaczymy czy coś z tego wyjdzie.
Przypomniałem sobie tajniki władania językiem angielskim. Mój sukces był na tyle duży, że tymczasowo zapomniałem o ojczystej mowie. Nawet na drugi dzień pod prysznicem myślałem do siebie po angielsku.

Z ciekawostek warto też wspomnieć o mojej nagrodzie. Chyba pierwszej od kilku lat (dlatego mam nieczystą ochotę pochwalenia się nią). Jest nią telefon Palm Pre Plus.
Wprawdzie otrzymałem go jako nagrodę (a może prezent?) w wyniku losowania, ale obiecałem, że wykorzystam go do poznania tajników tworzenia aplikacji na smartfony (w wypadku Palma mowa o HTML 5 i rzeczach związanych z tym językiem). Jeśli w jakiś sposób tego nie będę robić zobowiązuję się do przekazania tego telefonu komuś kto będzie chciał poznać technologię.

Pierwotnie na konferencję miałem nie jechać. Zasoby mojego portfela przekonały mnie, że może w następnym życiu będzie mnie stać na taką przyjemność. Na szczęście, dzięki wspaniałomyślności mojej firmy dostałem w prezencie bilety. Jeśli za rok odbędzie się coś podobnego to można być pewnym, że nic mnie nie powstrzyma i pojadę tam.

Jestem zdania, że brakuje w Polsce takich wydarzeń. Zjazd tylu osobistości na pewno wpływa na rangę imprezy, oraz daje szanse na wysoki merytorycznie poziom.
Zastanawiam się również nad tym, czy uda mi się zorganizować na podobne imprezy poza granicami Polski. Jeśli chodzi o rozwój to na pewno będą bardzo pomocne. Do tego zawsze jest ten czynnik ludzki, dzięki któremu pozostają o wiele lepsze wspomnienia.

Linuksie, won!

Po aktualizacji systemu padł dźwięk. Niby nic, zdarzy się czasami. Mijają dwa tygodnie i nadal dźwięku nie mam. Nie znalazłem rozwiązania w sieci (a przejrzałem naprawdę sporą liczbę forów i rozwiązań). Zastosowałem “pierdyliard” sugestii innych użytkowników mających “podobny” problem. Nadal nic.

Miarka się przebrała. Przez te lata dzielnie znosiłem braki w oprogramowaniu, dziwności niektórych rozwiązań systemowych. Wszelkie błędy udawało mi się poprawić. Teraz mam po prostu dość. Wkurzył mnie fakt, że zwykła głupia aktualizacja systemu wywaliła mi dźwięk (siedzenie w ciszy jest mega wkurzające). Nie znoszę sytuacji, kiedy coś po prostu przestaje działać (“przestaje działać” w sensie, że logi milczą, a błędów po prostu nie ma). W zasadzie nadszedł czas aby wrócić do Windowsa.

Tam przynajmniej nie będę miał problemów z tym żeby hibernacja/uśpienie systemu działała prawidłowo. Będę w stanie odpalić to co jest mi potrzebne, a do codziennych zadań będę mieć to samo co używam aktualnie na Linuksie.

W zasadzie od dzisiaj rozpoczynam plan migracji. Trzeba przenieść dane na zewnętrzny dysk (który przy okazji kupię), zorganizować legalną kopię Windowsa (pewnie z MSDN), wgrać i korzystać.

Jedynym ratunkiem dla mojego Archa będzie jakaś nowa aktualizacja systemu, która naprawi moje szkody w taki sam sposób w jaki je wyrządziła.

Miniblog: Clementine

Coś mnie podkusiło i ponownie zainstalowałem Amaroka 2. Muszę przyznać, że w tym wszystkim nawet udało mu się odtworzyć jakąś muzykę. Takiej kobyły to już dawno nie widziałem.. Samo uruchomienie się wymagało paru minut, renderowanie głównego okna (po maksymalizacji z tray’a) parę ładnych sekund. Woolnooo. Poza tym interfejs skomplikowany i mały użyteczny.

Strasznie zawiedziony jestem nowym Amarokiem. Wiedziałem wcześniej, że najnowsza wersja słabo wyszła mimo to chciałem dać jej kolejną szansę.
Na szczęście nie jestem sam. Są ludzie, którzy tęsknią za starą dobrą wersją 1.4. To oni właśnie postanowili zrobić port Amaroka 1.4 i przystosować go pod bibliotekę QT4. Mowa o Clementine. To jest to czego szukałem. Póki co player zostanie u mnie na dłużej.

Miniblog: Rzetelność polskich portali

Tym razem chodzi o Wirtualną Polskę. O mało się nie przewróciłem czytając artykuł “Gry na Linuksa mogą stanowić zagrożenie“. Co konkretnie mnie rozbawiło?

Hackerom udało się spowodować zagrożenie dla komputerów z systemem operacyjnym Linux. Na jednym z głównych serwerów wymiany plików zamienili plik z grą Unreal na plik z tą samą grą, ale z dodanym trojanem

Co jest tutaj śmiesznego? Ano faktycznie, niedawno zaszło coś takiego, choć nie dotyczyło to gry Unreal, a serwera IRC UnrealIRCd (więcej o tym na Niebezpieczniku). Panom z WP gratuluję.