Rzecz o powstaniu warszawskim

Nie jestem empatyczny. Nie przejmuję czyiś emocji. Empatia w moim przypadku ogranicza się intelektualnego zrozumienia problemu. Przekonałem się, że jest pewien klucz, który potrafi wywołać u mnie prawdziwą empatię. Jest nim muzyka.

Tytuł notki nie jest przypadkowy, bowiem to muzyka Lao Che z albumu Powstanie Warszawskie wywołała u mnie uczucie, które mogłem zidentyfikować jako empatię. Empatię do czegoś, co minęło dawno temu. Do wydarzenia, o którym nikt mi nie opowiadał w formie przeżyć osobistych.

Nie chcę rozważać czy powstanie było słuszne (bo wszystko wskazuje na to, że było katastrofalnym błędem). Jednak, po przesłuchaniu albumu zrozumiałem co mogło skłonić ludzi do podjęcia walki. Chyba po raz pierwszy przeżyłem czyjeś emocje.

Chwilę później posypały się pytania. Jedno, to najważniejsze, ciągle kołacze mi się w głowie. Czy powstańcy byliby szczęśliwi widząc Warszawę, Polskę o którą walczyli?

Wyspa

Zawsze gdy widzę ten obraz Beksińskiego odnoszę wrażenie, że do czegoś podobnego doprowadza się społeczeństwo. Samotne wyspy, które komunikują się znakami dymnymi..

Złamanko

Oto jedna z wielu historii inspirowanych alkoholem. Dużo się tej nocy działo. Byłem niezniszczalny, także nie przejąłem się zbytnio gdy na mej drodze z punktu A do punktu B wyrosło (a może już tam było?) coś w co przywaliłem solidnie nogą.

O poranku zorientowałem się, że chyba boli mnie noga. Szybkie oględziny wykazały porządny siniak (który nabierał rumieńców), oraz mocno spuchnięty palec. Właśnie wtedy przypomniałem sobie, że chyba w coś walnąłem.

W każdym razie, uznałem, że to zwykłą rzecz, która mogła nastąpić po kolizji. Nie specjalnie się przejmując funkcjonowałem sobie dalej.

Po tygodniu opuchlizna nie zmalała, także (zgodnie z obietnicą) poszedłem zrobić sobie RTG. Badanie wykazało, że oto mam złamany paluszek u nóżki. Dzień później (od otrzymania wyników; dwa tygodnie od chwili ZERO) pan ortopeda wyjaśnił mi, że nie specjalnie może pomóc, bo kość po prostu musi się zrosnąć. Usztywnienia nie są potrzebne, także mam jedynie ograniczać używanie stopy.

Wszystko fajnie i pięknie. Dwa tygodnie łaziłem sobie w pełni szczęśliwy. Gdy się dowiedziałem, że mam kość złamaną nagle stopa zaczęła boleć, chodzę wolniej bo wyobraźnia podpowiada mi, że dwie połówki kości radośnie się przemieszczają. Słowem, stałem się obolałym człowiekiem.

Chyba nie warto chodzić do lekarza, bo człowiek się jeszcze wpędzi w jakieś choróbska.

Behemot zdedł.

Gdy kot czai się koło lodówki, wiedz że coś się dzieje. Gdy lodówka jest otwarta, już jest za późno. Nie pomogły prośby. Nie pomogły groźby. Przemoc i gonienie po mieszkaniu też nie pomogła. Nawet odkurzacz, który zastawił drzwi okazał się być nieskuteczny. Do sporej puli przewinień kota doszła kolejna pozycja. To był ostatni grzech futrzanego lokatora.

Kot został skazany na banicję. Zdecydowaliśmy, że lepiej mu będzie na wsi zapierdzielać za myszami. Myśl szybko przekształciliśmy w czyn.

I jak to zwykle bywa z przyzwyczajeniami – brakuje tego cholernego miau.

Paradoks zwyrola

Behemoth przełączył patrzałki w tryb otchłani. Oznaczało to nic innego jak preludium do burzy, która miała nastąpić. Kot, gdy leniwy, jest mało ruchawy. Jednak kiedy gałki ma czarne, idealnie czarne, łapie każdy detal. Łapie dosłownie, nie w przenośni. Potrafi złapać detal spadający z biurka znajdującego się w drugim pokoju. Potrafi z kanapy zrobić poligon. Potrafi.. no cóż, imię zobowiązuje, zrobić piekło.

Przygotowaliśmy podręczny zestaw anielski (czyt. anty-piekło) – atomizer (takie coś co psika mgiełką; fajna nazwa co nie?) z roztworem wody i cytryny. Ponoć to odgania zwierzaka. Ponoć to go przeraża. Czasami tak nawet jest, ale w ogólności broń jest skuteczna na ok. 5 minut. Później kot wraca do realizacji zniszczenia.

I tak ponownie postanowił zaatakować jakiś ciekawy detal. Tym razem były to kable od komputera. Tym razem nie miałem zestawu anielskiego. Tym razem straciłem cierpliwość. Złapałem szatana i go zbiłem, po czym rzuciłem przez pokój. A później zrobiło mi się żal tej decyzji.

I wtedy zrozumiałem pewien paradoks. Przypomnieli mi się zwyrole, którzy mają rodziny, które wykorzystują do treningu bokserskiego. Może oni mają podobną sytuację? Puszczają im nerwy do tego stopnia, że używają siły. Jednak później żałują tego co zrobili i próbują rekompensować straty (w moim wypadku było to smutne spojrzenie skierowane na kota; nie przejął się tym)? Życie toczy się do kolejnego momentu puszczenia nerwów..

Miniblog: zapalenie spojówki

Teściu znajomego coś tam se robił i wpadły mu do oka opiłki żelaza. Dostał zapalenia spojówek. Wspomniany znajomy miał kontakt fizyczny (doprawdy ciężka to rzecz) z teściem i również zaraził się tą chorobą.

I teraz clou wpisu: jakim cudem opiłki żelaza przeskoczyły do oka znajomego?

Jarocin

Legendarny Jarocin w końcu urósł rangą na tyle abym mógł go zaszczycić moją obecnością. W końcu mogłem poznać kultowe miejsce, w którym walczono z systemem. Miejsce, które udowadnia, że punk wcale nie umarł.

Punki jako stworzenia zasługują na cały paragraf. Właściwie to wiedziałem kim, ideologicznie, są. Tutaj miałem okazję poczynić pewne obserwacje natury.. ogólnej. Pierwsze co mogę stwierdzić to tyle, że korzeniem drzewa ewolucyjnego punka jest zombie. Punk rozwinął wszystkie właściwości tej kreatury z tym wyjątkiem, że nie pożera mózgów (bo tych już dawno zabrakło). Dieta została zmieniona na fajki i alkohol. Najedzony punk z kontentem kontempluje okolice szukając możliwości do solidnego wyjebania Systemu. Ponieważ Jarocin, a właściwie miejsce imprezy, to pole pozostaje jedynie kontemplacja okolicy (chyba, że w polu można znaleźć jakieś elementy Systemu). Jeśli znudzi się swoim zajęciem, a nadal pozostaje najedzony przychodzi czas na powrót do formy pierwotnej – spania w stylu zwłok. Udaje im się to całkiem dobrze. Tak dobrze, że można posądzić okoliczną ludność o ludobójstwo.

Obserwacja punków była zdecydowanie najzabawniejsza. Bo poza tym reszta wydała się taka całkiem normalna. Pole namiotowe takie jak każde inne. Przenośne toalety tak samo śmierdzące. Ludzie różni, mało ciekawi (wyjątek – punk). Obszar koncertowy poprawny.

Główną gwiazdą, dla której przyjechaliśmy była kapela Within Temptation. Nie za bardzo pasowała duchem do imprezy. Nie byłem jednak skażony myślą anarchizmu, nie czułem się również w nastroju do jebania Systemu, także nie przejąłem się zbytnio tym brakiem dopasowania. Zespół nie zawiódł, a widząc reakcje pozostałych został przyjęty całkiem ciepło.

Poza nim było całe mnóstwo różnych wykonawców. Od pizd-hipsterów do thrashowych wymiataczy. Ogólnie pozytywnie.

Teraz z lekka ideowo, tudzież przemyśleniowo. Jarocin, w mej koncepcji, miał widnieć jako miejsce oporu władzy. Władzy w ogóle, a nie konkretnym opcjom. Miało być to miejsce buntu, a nie było żadnym z tych. Jedyny bunt jaki był obserwowalny to punki i ich mało szablonowe odzienie. Jedyną formą buntu jako takiego było pogo, oraz rzadkie przepychanki. Nie było mowy o buncie, bo impreza przestała być taką, która stoi wbrew idei partii.

To co było, jest, to impreza bazująca jedynie na legendzie dawnego Jarocina (na którym nie byłem). Nie wydaje mi się aby to nadal była mekka punkowców i ideowego oporu. Jeśli chodzi o całokształt ta impreza jest po prostu komercyjnym przedsięwzięciem. Takim z miasteczkiem piwnym, biletami wstępu, ochroną, oraz wielką organizacją. To nie jest spontanicznie zebrana banda debili, która szarpie struny i ryczy w polu.

Oczywiście duch dawnej rewolty gdzieś wisiał. Tworzyły go martwe punki, pijące punki, kontemplujące punki. Jednak, to zdecydowanie nie jest tym co było dawniej. Ten duch utopił się masówce. Stworzono imprezę, na którym zaprasza się wielkie gwiazdy, które z kolei sprowadzają swoich fanów.

Miałem koncepcję. Przybyłem z tą koncepcją i przekonałem się, że była zwyczajnie głupia. Czasy buntu się skończyły i tak jak one uległy zmianie, tak również stało się z tą imprezą. Koncepcyjnie dostałem po dupie. Po raz kolejny nauczyłem się, że do pewnych rzeczy (właściwie to wszystkich) powinno się podchodzić bez wyobrażeń.

Bo gdybym przyjechał na Jarocin bez wymysłów widziałbym dobrze zorganizowaną imprezę. Wspaniałe koncerty, oraz możliwość odpoczynku. Dodałbym też, że skakałem do tego co grano, piłem na trawce i smarkałem błotem. I naprawdę tak było. Bawiłem się dobrze. Tylko ta jebana koncepcja.

Rozmyśl

Czasami jadę tak szybko samochodem, że nie potrafię dogonić guzika zmiany utworu w radiu.

Sennik: Sowia mama

Miałem sówkę. Taką Hedwigę (wtajemniczeni wiedzą). Piękna, mała, bielutka. Zaczęła skrzeczeć i wyraźnie miała parcie aby do mnie podlecieć. Wyciągnąłem rękę, ptak na niej wylądował i posadziłem go na ziemi. Po chwili moja sówka urodziła trzy koty. Jeden był nawet do niej podobny.

Dzieci listonosza? Toksoplazmoza in progress.

We has lost failz

Po spektakularnym upadku Rootnode, równie spektakularnej plajcie, oraz dramatycznym wdrożeniom nowych rozwiązań (ciągle mowa o Rootnode) powrócił do życia blogasek.

W końcu znalazłem chęć/chwilę na przywrócenie go do działania. Mimo szumnych zapowiedzi nadal pozostaję na Rootnode. Sprawdzę jak się zachowuje nowa architektura, jeśli będę zadowolony dam jeszcze jedną szansę.

W trakcie fail-time działo się sporo. Wystąpiło kilka zjawisk wartych opisania, co też postaram się wkrótce uczynić.